“Operation Mincemeat” Fortune Theatre

“Operation Mincemeat” Fortune Theatre

Libretto, słowa i muzyka: David Cumming, Felix Hagan, Natasha Hodgson, Zoë Roberts

Reżyseria: Robert Hastie

Choreografia: Jenny Arnold

Scenografia i Kostiumy: Ben Stones

Reżyseria oświetlenia: Mark Henderson

Reżyseria dźwięku: Mike Walker

Występują: Molly Cutter, Benjamin Durham, Charlotte Fleming, Colm Gleeson, Ahmed Hamad, Chlöe Hart, Madeleine Jackson-Smith, Jason Kajdi, Amy Parker

Tekst pisany na podstawie spektaklu z 25 sierpnia 2026

oOo

Produkcja praktycznie perfekcyjna

Latem 1943 roku Alianci z sukcesem przeprowadzili desant na Sycylię, którą niewiele wcześniej opuściły siły III Rzeczy. A wszystko dzięki brawurowej akcji brytyjskiego wywiadu, znanej jako operacja Mincemeat. Osiemdziesiąt lat później musicalowa komedia opowiadająca o tych wydarzeniach premierowała na Londyńskiej scenie. To się nie mogło udać. Prawda?

Dwaj pracownicy wywiadu: zahukany Charles Cholmondeley (Ahmed Hamad) i przebojowy Ewen Montague (Madeleine Jackson-Smith) przedstawiają szefostwu śmiały plan podrzucenia Niemcom fałszywych informacji na temat rychłego desantu. Pomysł jest równie genialny co szalony, a jego wykonanie wymagać będzie nie byle jakiej inteligencji i łutu szczęścia. A także pomocy dwóch sekretarek: Jean Leslie (Charlotte Fleming) i Hester Leggatt (Colm Gleeson).

“Mincemeat” bazuje na wydarzeniach historycznych, które zainspirowały już niejednego twórcę i opowiada o tajnej operacji Aliantów przez pryzmat losów barwnych postaci rodem z podręcznika. A jednak musical nie jest drętwym opisem wydarzeń prowadzących do lądowania na Sycylii, lecz szaloną komedią, która przemyca lekcję historii pod płaszczem dobrej zabawy, nie zapominając jednak o szczerym poruszeniu widza.

Co ciekawe to produkcja dość kameralna, w której występuje zaledwie pięcioro aktorów. Mnogość postaci wymaga od nich jednak wcielania się w kilka osób na raz, czasem nawet podczas jednej sceny. To powiedziawszy, ilość aktorów została perfekcyjnie dobrana, by scena nie wydała się ani opresyjnie wielka, ani za mała. 

Piosenka otwierająca musical z miejsca pokazuje widzowi co go czeka. Inteligentnie złożone żarty sypią się jak z rękawa w towarzystwie muzyki marszowej, od razu wywołującej odpowiednie skojarzenia. Mimo komediowego tonu “Mincemeat” jest mocno osadzony w czasie II Wojny Światowej, a nowoczesne rytmy mieszają się w nim z muzyką z epoki.

Tekstowo każda scena spektaklu to istny majstersztyk. Kolejne strofy padają z zawrotną prędkością, nie tracąc przy tym inteligencji i typowego angielskiego dowcipu. Jednocześnie twórcy bardzo dobrze wiedzą jak subtelnie zagrać na emocjach widza, powoli przemycając zalążki informacji, które zebrane razem uderzają prosto w serce. Przy tym słowa perfekcyjnie współgrają z muzyką, a choć raz na jakiś czas trafiają się iście częstochowskie rymy, ich użycie budzi tylko coraz większe rozbawienie.

Niestety, zrozumienie spektaklu w pełni wymaga naprawdę fenomenalnej znajomości języka. Postaci sypią żartami jak z rękawa, wyśmiewając po równo Anglików, Niemców, Amerykanów jak i Iana Fleminga. Często pojawiają się też żarty językowe czy odniesienia do brytyjskiej kultury, a wiele z nich może widzowi umknąć podczas pierwszej wizyty w teatrze. Nie raz bohaterowie przełamują też czwartą ścianę i komentują to co dzieje się na scenie. Całokształt jest cudownie szalony, angielski, absurdalny i niezwykle zabawny.

W obsadzie “Operation Mincemeat” nie ma słabych ogniw. Wszyscy aktorzy nie tylko brzmią wyśmienicie, ale i fenomenalnie radzą sobie zarówno z zawrotnym tempem spektaklu jak i jego wymagającą choreografią. A przecież każdy wciela się w więcej niż jedną rolę, co wymaga nie tylko elastyczności, jak i natychmiastowych zmian kostiumu.

Madeleine Jackson-Smith olśniewa w roli zadufanego w sobie agenta Ewena Montague. Ona nie gra Monty’ego, lecz się z nim staje, nabierając stereotypowego sposobu chodzenia czy mówienia, ale i pełnego wyższości stylu bycia. Jednocześnie jest wulkanem energii, znajduje się w dziesięciu miejscach na raz, nie zdradzając przy tym śladu zmęczenia. Z łatwością robi z dość śliskiej postaci, króla charyzmy i główne źródło humoru, wzmocnione tylko przez szelmowski uśmiech i ironiczne riposty.

Ahmed Hamad cudownie odgrywa neurotycznego Charlesa Cholmondeley’a. Perfekcyjnie oddaje jego liczne tiki, plączący się język czy miota się targany nerwami i w ten sposób tworzy kreację zahukanego geniusza o charakterystycznym głosie, którego modulacja wymaga nie byle jakiego wysiłku. Jest przy tym wspaniały ruchowo, co jest szczególnie widoczne, gdy raz po raz wykonuje teatralne skoki.

Molly Cutter wspaniale radzi sobie z rolą Johnny’ego Bevana, którego w jej wykonaniu otacza aura dostojności i autorytetu. Jednocześnie bawi do łez jako nieszczęsny Haselden, którego zjadają nerwy. Podziwiam również wysiłek jaki musiało stanowić zagranie całego spektaklu celowo obniżając głos, by wydał się bardziej męski.

Colm Gleeson brawurowo wciela się we wszystkie powierzone sobie postaci. Jest komiczny jako kipiący energią, całkowicie szalony Spilsbury, ale i majestatyczny jako kapitan statku. Najbardziej zapada jednak w pamięć jego Hester, dla której całkowicie zmienia głos i manieryzm. W piosence “Dear Bill” zachowując wokalną perfekcję, subtelnie prowadzi widza przez historię, która z każdą zwrotką coraz bardziej nabiera realizmu, a ból bohaterki przecieka między wersami, malując się na jej twarzy.

Natomiast Charlotte Fleming jest przeuroczą Jean Leslie, ambitną młodą kobietą, która rozpaczliwie chce udowodnić swoją wartość. Gra swoją bohaterkę z ogromną charyzmą i urokiem, a jednocześnie pewnością siebie. Potrafi się też jednak się skulić i wycofać pod wpływem krytyki, pokazując, że mimo brawury i energii, gdzieś tam jest też tłamszoną przez środowisko dziewczyną. Zachwyca przy tym niesamowicie wysokim głosem i wspaniałą dykcją.

Jenny Arnold przygotowała niezwykle wyczerpującą, niezwykle kreatywną choreografię, która wymaga od aktorów perfekcyjnego zgrania. Idealnym tego przykładem jest wybitnie skomplikowana scena z telefonami, w której artyści muszą wykazać się niesamowitym skupieniem i koordynacją, by każdy przedmiot trafił we właściwe ręce, a nikt nie skończył zaplątany w kabel.

I choć w musicalu widzimy tylko pięć osób, każdy układ zachwyca energią i złożonością, którą przebija niejeden układ zbiorowy. Szczególny podziw budzi zatrważająca ilość zmian scenografii czy kostiumów, zejść i wejść na scenę wykonanych idealnie w rytm i tak, by uniknąć niezamierzonego chaosu. Jednocześnie ruch wręcz idealnie podkreśla znaczenie każdej sceny i wspaniale wykorzystuje dostępną przestrzeń.

Zaprojektowane przez Bena Stonesa kostiumy udowadniają, że wygląd aktora nie ma znaczenia, a widownia nie będzie miała problemu z rozpoznaniem w kogo się wciela na podstawie samej gry. Początkowe stroje są bardzo proste i androgeniczne. Potem jednak ze sceny na scenę do widocznej w spektaklu garderoby wdzierają się nowe szaleństwa. Genialnym zabiegiem jest użycie cekinów, by zasugerować krew na kitlu koronera, a ozdobiona amerykańską flagą skórzana kurtka pilota wywołuje nie jeden chichot.

Całokształt sprawnie odnosi się do historycznej mody, ciekawie interpretując to jak mogli wyglądać pracownicy angielskiego wywiadu i przepuszczając to przez swój własny, komediowy filtr. Stones zadbał też, by stroje dało się zmienić przy minimum wysiłku i w ten sposób przemienić aktora w zupełnie inną postać, jednocześnie upewniając się, że uproszczenia pozostaną praktycznie niezauważalne.

Przygotowana również przez Stonesa scenografia jest zwodniczo prosta. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że spektakl zostanie zagrany na praktycznie pustej scenie. Jednak produkcja wspaniale gra przestrzenią i nie potrzebuje szczegółowej scenografii, by wywołać skojarzenia i pobudzić wyobraźnię widza. Widoczna na ścianach mapa świata szybko przywołuje skojarzenia z wojennymi bunkrami, a wyrysowana na niej siatka okazuje się być ledami, które w intrygujący sposób uzupełniają oświetlenie.

Efekt uzupełniają historycznie wyglądające sprzęty, które sprawnie przenoszą akcję do czasów II wojny światowej. Natomiast ich niewielka ilość pozwala na natychmiastowe zmiany przestrzeni. Biurko w mgnieniu oka znika za ukrytymi drzwiami, aktor wykorzystuje chwilę ciemności, by wnieść na scenę drabinę i już znajdujemy się w zupełnie innym miejscu.

A potem nadchodzi numer finałowy i nagle okazuje się, że dla twórców “Operation Mincemeat” nie ma rzeczy niemożliwych. Natychmiastowe przebudowanie całej sceny, może nie jest niezbędne, ale na pewno wygląda oszałamiająco i idealnie pasuje do sytuacji, zachwycając ilością pomysłów jakie można wykorzystać w ciągu kilkuminutowej piosenki.

Jednak spektakl nie byłby tak widowiskowy, gdyby nie dynamiczne oświetlenie Marka Hendersona, które płynnie przechodzi z ciemności łodzi podwodnej do skrzącego się w licznych barwach klubu. Światła perfekcyjnie podkreślają emocjonalność kluczowych scen, przy wykorzystaniu bardzo prostych, choć genialnych zabiegów.

Zaczynając tegoroczny wyjazd do Londynu od “Operation Mincemeat” ustawiłam sobie poprzeczkę niesamowicie wysoko. To produkcja praktycznie perfekcyjna: fenomenalnie napisana, wspaniale zrealizowana i niesamowicie zagrana. Jeśli będziecie kiedyś w okolicy i zdecydujecie się pójść na jeden jedyny spektakl, niech to będzie właśnie “Mincemeat”. Nie pożałujecie.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych spektakli znajdziesz tutaj. 

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty