“Dziewczyny z kalendarza” Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni
“Dziewczyny z kalendarza” Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni
Tytuł oryginału: Calendar Girls The Musical
Autorzy: Gary Barlow, Tim Firth
Reżyseria: Jakub Szydłowski
Choreografia: Paulina Andrzejewska-Damięcka
Scenografia: Grzegorz Policiński
Kostiumy: Dorota Sabak-Ciołkosz
Wizualizacje komputerowe: Tomasz Grimm
Przekład: Zofia Szachnowska-Olesiejuk, Adam Olesiejuk
Tekst pisany na podstawie spektaklu popołudniowego z 11 kwietnia 2026.
oOo
Co się naprawdę w życiu liczy
Zazwyczaj sporo wiem o spektaklu, który zamierzam obejrzeć. Jednak raz na jakiś czas idę do teatru całkowicie w ciemno i przeżywam szok. A niewiele spektakli zaskoczyło mnie bardziej niż “Dziewczyny z kalendarza” w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni.
Przyjaciółki Chris (Magdalena Smuk) i Annie (Anita Steciuk) mieszkają w spokojnym miasteczku w Yorkshire. Lecz gdy życia Annie dotyka tragedia, Chris postanawia wcielić w życie swój najbardziej szalony plan i stworzyć kalendarz, którego sprzedaż wesprze bliski jej przyjaciółce cel charytatywny. Spytacie co w tym szalonego? To ma być nagi kalendarz.
Spektakl bazuje na filmie o tym samym tytule, który miał premierę w 2003 roku i powstał na kanwie prawdziwych wydarzeń. Świadomość tego faktu sprawia, że jego przesłanie “Dziewczyn” uderza o wiele mocniej. Musical opowiada bardzo kameralną historię kilku przyjaciółek mieszkających na angielskiej prowincji i ich codziennych, bardzo rzeczywistych problemów.
Widzimy, jak próbują zapewnić swoim dorastającym dzieciom dobrą przyszłość, znoszą oceniające spojrzenia sąsiadów i znajomych, ale i zmagają się z chorobą, stratą czy starością. Do każdego z tych tematów spektakl podchodzi bardzo realistycznie, na przykładzie każdej z bohaterek pokazując kolejne zagadnienia, z którymi wiele kobiet radzi sobie na co dzień.
Mimo to “Dziewczyny z kalendarza” są niezwykle pozytywnym spektaklem, w którym dominuje tematyka kobiecej przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Bohaterki mogą się różnić, ale perfekcyjnie się uzupełniają i nawzajem dodają sobie otuchy. A od tego już niedaleko to samoakceptacji, walczenia o siebie i swoje szczęścia czy pewności siebie.
Wspomniany już wcześniej realizm znajduje swoje odbicie także w piosenkach. Opowiadające o obawach Annie “Scarborough” porusza właśnie sięgając po bardzo prozaiczne scenariusze jak problem ze zdjęciem ręczników z najwyższej półki czy zbędne bilety na wakacje dla dwojga.
Z resztą ścieżka dźwiękowa spektaklu jest jedną z jej największych zalet. Łagodna muzyka świetnie pasuje do zarówno lokacji jak i postaci. Pojawiają się zarówno melancholijne, emocjonalne utwory jak i nieco szybsze piosenki zbiorowe, po których widz ma ochotę zerwać się na równe nogi i zacząć klaskać.
Magdalena Smuk perfekcyjnie wciela się w Chris, barwnego ptaka swojej społeczności. Gra całym ciałem, postawą i sposobem chodzenia odzwierciedlając pewność siebie i luz swojej postaci. Jest zadziorna i wręcz kipi energią, choć dobrze radzi sobie też melancholijnymi scenami. A co najważniejsze, ma wspaniałą chemię sceniczną zarówno ze sceniczną przyjaciółką, mężem, jak i synem.
W porównaniu z nią Anita Steciuk w roli Annie wydaje się nadzwyczaj stonowana, co nie zmienia faktu, że raz po raz chwyta za serce. To rola bardzo wymagająca, pełna poruszających piosenek i trudnych emocjonalnie momentów, a aktorka radzi sobie z nimi naprawdę dobrze. Szczególnie warto docenić scenę pokazującą rozwój choroby Johna, w której Steciuk płynnie przechodzi od nadziei, przez niepokój, przerażenie aż po rozpacz.
Karolina Trębacz jako Cora udaje posłuszną córkę, a jednocześnie cały czas walczy by utrzymać w ryzach swojego buntowniczego ducha. Jest przy tym niezwykle czarująca i charyzmatyczna. Szkoda tylko, że ma tak mało do zaśpiewania, bo jej piosenka świąteczna wręcz tryska pozytywną energią, a Trębacz wykonuje ją mistrzowsko.
Ruth Ewy Gregor to postać, która długo tłumi swoje prawdziwe emocje. W efekcie przez większość spektaklu gra dość zachowawczo podkreślając perfekcjonizm i swoiste zadęcie swojej bohaterki, by rozwinąć skrzydła w swojej piosence solowej. Wtedy olśniewa nie tylko wokalnie, ale i aktorsko, grając jednocześnie upojenie alkoholowe, rozpacz, jak i satysfakcję.
Anna Andrzejewska jako Celia ma świetne wyczucie komiczne, sprawnie potrafi też zagrać kobietę, która ukrywa swoje prawdziwe ja, by wtłoczyć się w ramy przyjęte przez znajomych swojego męża. Gdy jednak może być w pełni sobą, wyróżnia się magnetyczną energią i pewnością siebie.
Z kolei Grażyna Drejska przepięknie oddaje na scenie wiek Jessie. Otacza ją też aura majestatu i godności. Jest władcza i stanowcza, a jedno jej spojrzenie wystarcza, by dorosłe kobiety spłoszyły się jak uczennice.
Oliwia Drożdżyk wspaniale sprawdza się jako buntownicza Jenny, dobrze oddając zachodzące w dziewczynie zmiany. Z początku zadziorna i złośliwa, odkrywa w sobie pokłady entuzjazmu, zachwycając przy tym niesamowitym głosem i stanowiąc ucieleśnienie pewności siebie.
Danny Patryka Maślacha też przechodzi przemianę. Ten aż nienaturalnie perfekcyjny prymus najpierw pod wpływem Jenny popada w skrajności, by ostatecznie odnaleźć swoją własną drogę. Marcin Słabowski rozczula jako Rod, kochający mąż Chris, który w pełni akceptuje swoją żonę i wspiera syna. Tomasz Gregor jako John stanowi ucieleśnienie pozytywnego myślenia i ciepła. Natomiast Mateusz Deskiewicz to uroczo niepewny i bardzo przyjacielski Lawrence.
W scenografii Grzegorza Policińskiego zakochałam się, gdy tylko kurtyna uniosła się ukazując ogromną instalację a na niej tarasowy angielski ogród z charakterystycznymi kamiennymi płotami. Gdy zaś całość zaczęła się obracać, byłam już całkowicie oczarowana.
Policiński nie tylko zaprojektował przepiękną, niezwykle szczegółową scenografię, która na czas spektaklu przenosi widownię na angielską prowincję, ale i w pełni wykorzystał możliwości teatru. Obrotowa scena pozwala zarówno ukazać w pełni geniusz artysty, który potrafił w jednej bryle wyrzeźbić cztery całkowicie odmienne, a jednocześnie składające się w całość przestrzenie, jak i niezwykle szybko zmieniać wystrój.
Scenografię pięknie uzupełniają tradycyjne tła i wizualizacje Tomasza Grimma. Wyświetlane na proscenium pola Yorkshire lub stanowiące tło dla instalacji Policińskiego rozgwieżdżone niebo, sprawnie rozszerza przestrzeń, stanowiąc idealny przykład tego jak dobrze wykorzystywać nowoczesne technologie w teatrze.
Kostiumy Doroty Sabak-Ciołkosz idealnie pasują zarówno do samego spektaklu, jak i każdej postaci z osobna. Każda z bohaterek ma swój własny, niepowtarzalny styl, odzwierciedlający jej osobowość i pomagający rozpoznać kto jest kim. Jednocześnie pastelowe kolory i wygodne kroje tworzą spójny obraz dorosłej społeczności miasteczka.
Sprawa ma się trochę inaczej w przypadku nastolatków, które noszą wariacje na temat stereotypowych angielskich mundurków. Sabak Ciołkosz udało się jednak sprawić, że te i tak wiele mówią o każdej postaci. To najbardziej widoczne u Jenny, która nosi mocno zmodyfikowany strój, by podkreślić swoją niezależność. Ale i Danny prezentuje się ciekawie, z każdą sceną coraz mniej pasując do wizji perfekcyjnego prefekta.
W spektaklu opowiadającym o tworzeniu nagiego kalendarza można się spodziewać sceny robienia zdjęć, które mają się w nim pojawić. Przyznam, że bałam się tego jak ją zrealizowano. Niepotrzebnie. Scena nagości została wykonana z ogromnym smakiem, a także, co najważniejsze, w taki sposób, by wszyscy czuli się komfortowo. Aktorki odgrywają swoje role z humorem i pewnością siebie, a w efekcie powstaje moment będący celebracją pewności siebie.
Paulina Andrzejewska-Damięcka stworzyła choreografię pełną klasycznych elementów rodem z musicali sprzed lat, co perfekcyjnie pasuje do spektaklu o ludziach hołdujących, przynajmniej z początku, dość tradycyjnym ideom. Udało jej się też z pozornie kameralnego musicalu zrobić prawdziwe widowisko, a wszystko dzięki ogromnemu zespołowi aktorsko-tanecznemu Teatru Muzycznego w Gdyni, który lśni w scenach zbiorowych.
Choreografka misternie zaplanowała, jak pokazać kontrolowany chaos. Scena aż roi się od artystów, a każdy z nich ma do zrobienia co innego, sprawiając, że widz wielokrotnie zastanawia się, gdzie patrzeć. Świetnie wykorzystała też wszystkie możliwości scenografii, chociażby poprzez ustawienie artystów na różnych poziomach scenicznej łąki. Niestety niektóre duety prezentują się dość niemrawo.
Przekład Zofii Szachnowskiej-Olesiejuk i Adama Olesiejuka nie tylko wspaniale brzmi z muzyką, ale i sprawnie tworzy atmosferę małego angielskiego miasteczka. Co ciekawe w tekście zostawiono liczne nawiązania do angielskiej kultury, zarówno te oczywiste dla odbiorcy, jak i te wymagające nieco większej znajomości tematu. Jako anglista doceniam ten zamysł, choć zastanawiam się czy uwaga o wielkości ubrania nie trafiłaby do widza bardziej gdyby użyto rozmiarówki, którą znajdziemy w naszych szafach.
“Dziewczyny z kalendarza” to przepięknie zrealizowany, niezwykle ciepły musical o sile damskiej przyjaźni, drodze do samoakceptacji i pewności siebie. Sprawnie buduje na scenie atmosferę małego, angielskiego miasteczka, olśniewając zjawiskową scenografią i poruszającymi musicalowymi songami. W skrócie, to produkcja, którą powinien obejrzeć każdy fan musicali.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
oOo
Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych spektakli znajdziesz tutaj.
Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.
A może masz ochotę postawić mi kawę?






Komentarze
Prześlij komentarz