“Dobry Omen Sezon 3” Neil Gaiman


“Dobry Omen Sezon 3” Neil Gaiman

Tytuł oryginału: Good Omens Season 3

Pomysł: Neil Gaiman

Scenariusz: Neil Gaiman, Michael Marshall Smith, Peter Atkins

Reżyseria: Rachel Talalay 

Występują: Michael Sheen, David Tennant, Doon Mackichan, Gloria Obianyo, Paul Chahidi, Quelin Sepulveda, Bilal Hasna i inni 

[Uwaga: Tekst zawiera spoilery do wszystkich sezonów serialu "Dobry Omen". Czytasz na własną odpowiedzialność]

oOo

Kiepskie zakończenie wspaniałego serialu

Kiedy pojawia się informacja, że finałowy sezon uwielbianego serialu pojawi się w formie jednego, nawet półtoragodzinnego odcinka, wiadomo, że jest się czego obawiać. Czy da się bowiem satysfakcjonująco domknąć historię rozwijaną przez lata w tak krótkim czasie?

Azirafal (Michael Sheen) w pocie czoła próbuje zmienić oblicze ponownego zstąpienia i uniknąć pełnej zagłady Ziemi i jej mieszkańców. Gdy jednak traci z oczu nie tylko samego Jezusa (Bilal Hasna), ale i wszechpotężną Księgę Życia, musi poprosić o pomoc Crowley’a (David Tennant), którego porzucił wybierając ciepłą posadkę w Niebie.

Michael Sheen po raz kolejny udowadnia, że nikt nie rozumie Azirafala lepiej niż on. Jest niezwykle ekspresyjny: pieczołowicie tworzy postać, którą przerasta sytuacja, szamoczącą się pomiędzy sercem, a obowiązkiem, by ostatecznie pozwolić sobie na szczerość przed samym sobą i kochaną osobą. Jego ciepły uśmiech rozjaśnia każdą scenę, idealnie pasując do stereotypu anioła. Brawurowo radzi sobie też z udawaniem demona.

Także David Tennant ponownie zachwyca w roli Crowley’a. Jego bohater jest tu całkowicie odsłonięty, a Tennant niezwykle poruszająco przedstawia jego ból i samotność. Przekonywująco wciela się w człowieka, który stracił wszelką nadzieję. Nie ma już miejsca na pozorną pewność siebie i wrodzony luz, tym razem Crowley funkcjonuje w pełnym napięciu, nie wahając się stawić czoła samemu Bogu. Najbardziej jednak chwyta za serce w kluczowej emocjonalnej scenie.

Tanya Moodie, która przejęła rolę Boga w trzecim sezonie, prezentuje nieco inne spojrzenie na tę postać, niż ta do której przyzwyczaił nas serial. Jest nieprzyjemnie zblazowana i oziębła, ma w sobie jednak majestat, który bardzo pasuje do biblijnego pierwowzoru.

Szatan Toby’ego Jonesa to bardzo ciekawe spojrzenie na tę postać. Już nie gigantyczny, niszczący wszystko na swojej drodze potwór, lecz zwyczajny mężczyzna, który również ma do odegrania rolę w boskim planie. To rola bardzo subtelna, Jones nie potrzebuje się unosić, by roztoczyć wokół siebie aurę potęgi.

Uroczo wypada grający Jezusa Bilal Hasna, który podchodzi do tej postaci z ogromnym ciepłem, dziecięcym wręcz zachwytem, ale i naiwnością. Jest szczery aż do przesady i wręcz promieniuje dobrocią i chęcią pomocy. Można zaryzykować stwierdzenie, że to dokładnie taki Jezus, który mógłby dać ludzkości nowe przykazanie miłości.

Stylistycznie trzeci sezon perfekcyjnie pasuje do swoich poprzedników. Kostiumy jasno rozróżniają anioły, demony i ludzi, prezentując się przy tym bardzo dobrze i zdradzając kreatywność swoich twórców. Najciekawiej wyglądają oczywiście stroje, które bohaterowie zakładają podszywając się pod przeciwnika.

Również scenografia buduje na tym, co widzieliśmy już w poprzednich odsłonach “Dobrego Omenu”. Miejscem kluczowym pozostaje zawierająca multum detali księgarnia Azirafala, lecz całe jej otoczenie drastycznie się zmienia, odzwierciedlając brak anioła w okolicy. Piekło i Niebo pozostają niezmienione, choć tym razem mamy możliwość zajrzeć nieco głębiej. Pojawia się też całkowicie nowa lokalizacja, jednak dziejące się w niej sceny są tak krótkie, a ona sama tak okrojona, że ciężko ją dogłębnie przeanalizować.

Powiedzmy to sobie szczerze, efekty specjalne “Dobrego Omenu” zawsze wyglądały nieco sztucznie, nam jednak nigdy to nie przeszkadzało. Uznawaliśmy je za konwencję, w której utrzymano serial i cieszyliśmy się, że nie prezentują się jeszcze gorzej. Jednak scena lotu Bentleyem w kosmos pobija wszelkie rekordy poprzednich odsłon.

Na szczęście twórcy w wielu przypadkach posiłkują się efektami praktycznymi, chociażby używając soczewek, by nadać oczom Crowleya specyficzny wygląd. Choć na zbliżeniach widać dokładnie jaki zastosowano chwyt, uważam to za znacznie lepszy pomysł niż zmianę koloru oczu komputerowo. Zadbano też o stworzenie czołówki stylem animacji pasującej do poprzednich sezonów.

Powraca ikoniczna ścieżka dźwiękowa, do której przyzwyczaił nas serial. Gdy tylko postaci wsiadają do Bentley’a rozlegają się znajome tony i z głośników bucha hit zespołu Queen, przypominając nam za co kochamy twórców “Dobrego Omenu”.

Także humor pozostaje na wysokim poziomie. Jak zwykle sporo tu absurdu i czysto angielskiego humoru, w tym językowego. Jak z rękawa sypią się też nawiązania, czy to do historii, sztuki, czy poprzednich ról, w których wystąpili grający w serialu aktorzy. Dość, że wielokrotnie nie sposób powstrzymać śmiechu.

Niestety, wady serialu znacznie przeważają nad jego zalety. Nie twierdzę, że w poprzednich sezonach wszystkie wątki były perfekcyjnie przemyślane i pozbawione absurdu, jednak odsłona finałowa roi się od scenariuszowych głupotek, negatywnie wpływających na odbiór całości. Może gdyby zniknęły pośród dobrze przeprowadzonych motywów czy relacji, moglibyśmy się z nich śmiać, jednak we wszechobecnym chaosie, po pewnym czasie to one dominują nad sensownie napisanymi elementami.

Po pierwsze należy zwrócić uwagę na liczne elementy fabularne, w rodzaju kluczowej w tej części Księgi Życia, które pojawiają się znikąd. Oczywiście, mając do dyspozycji jedynie półtorej godziny należy podejmować trudne decyzje i okrajać tekst to granic możliwości, a wprowadzanie całkowicie nowych motywów z oczywistych względów bardzo to utrudnia.

To powiedziawszy, niektóre wątki są po prostu zbędne. Gdybyśmy mieli do czynienia z pełnoprawnym serialem, wątek przegranego w Monopoly Bentleya byłby zabawnym i ciekawym dodatkiem do głównej fabuły. Jednak w półtoragodzinnym filmie, w którym nie starczyło czasu na odpowiednie rozpisanie intrygi, jest całkowicie zbędny i tylko zabiera niezbędne minuty. Choć trzeba przyznać, że dzięki niemu możemy podziwiać kompetencje Azirafala i to jak staje w obronie Crowleya.

Podobnie początkowa scena pokazująca spotkanie bohaterów podczas wojny Nieba i Piekła służy tylko i wyłącznie wprowadzeniu lokalizacji, która pojawi się w później. Wczesne etapy relacji Azirafala i Crowleya widzieliśmy już bowiem w poprzednich sezonach i to w znacznie ciekawszym wykonaniu.

Całkowicie niepotrzebny jest jednakże wątek miejscowego mafioza, który oszukuje Crowley’a, jego zawału i mszczącej się córki. Choć towarzyszące mu gagi nie raz i nie dwa wywołują uśmiech na twarz widza, zupełnie nic nie wnoszą do całej historii.

Zachowanie Boga jest natomiast po prostu niespójne. Ta postać, która w pierwszym sezonie z humorem, ale i ciepłem komentowała wydarzenia, starając się jednocześnie naprowadzić bohaterów na najlepsze rozwiązanie, tu zachowuje się jak wyrachowany gracz, dla którego Ziemia jest zaledwie szachownicą, a wszystkie istoty na niej pionkami. Brakuje jej troski o stworzenia, które wyszły spod jej ręki, a choć zdaje się w jakiś sposób przejmować losem Azirafala i Crowley’a, traktuje ich niczym zabawne kukiełki, które przysporzyły jej wiele radości i nic więcej. Gdzieś już kiedyś widziałam podobny pomysł, a tam również nie wybrzmiał zbyt dobrze.

Co dziwniejsze, Bóg nie wykazuje również niepokoju o los swojego syna, który mimo mocy zostaje unicestwiony razem z innymi ludźmi. Z resztą cała postać Jezusa także jest niespójna, choć pojawia się w zaledwie kilku scenach. Po pierwsze, ostatnie co pamięta to śmierć, czym twórcy zdają się sugerować, że nigdy nie zmartwychwstał, choć jest bożym synem, co potwierdza konieczność ponownego wysłania go na Ziemię czy umiejętność rozmnażania jedzenia. Jednocześnie nie próbuje nawet chronić ludzi podczas kataklizmu, ani nawet ratować siebie, tylko biernie przyjmuje śmierć. Nie pojawia się też razem z Bogiem w scenie finałowej, tylko rozmywa się w niebycie razem z resztą Ziemi.

Niektóre to to prostu przejawy lenistwa i braku kreatywności. Tu warto wymienić chociażby scenę, gdy Jezus rozmnaża pizzę. Ta bardzo prostolinijna postać przez cały film stara się zrozumieć obecną rzeczywistość i nauczyć się przemawiać do dzisiejszego społeczeństwa jego własnym językiem. Gdy jednak przychodzi co do czego, zaczyna cytować słowa sprzed wieków. A przecież o wiele ciekawiej byłoby, gdyby powiedział coś nowego.

Część błędów bierze się natomiast z pośpiechu, czego nie uważam jednak za okoliczność łagodzącą. “Dobry Omen” nie był nigdy serialem o wartko toczącej się akcji. Twórcy powoli prowadzili widza przez meandry fabuły, często zbaczając w tę czy we wtę. Tym razem nie mogli rozłożyć swoich pomysłów na sześć 45 minutowych odcinków, wszystko musieli zawrzeć w 90 minutach. W efekcie powstał film niezwykle przyśpieszony, który rozwiązuje wątki stanowczo zbyt szybko, nie wymagając przy tym od postaci żadnego wysiłku. Co gorsza gubi przy tym motywacje bohaterów i chwyta się najbardziej leniwych rozwiązań pod słońcem. I tak na poszukiwanego podobno Jezusa można po prostu wpaść na ulicy, a główny antagonista w pięć minut z całkiem racjonalnej jednostki stanie się całkowitym maniakiem.

Brak czasu skutkuje również nieobecnością postaci, które mogłyby wspomóc bohaterów w walce z największym dotychczas zagrożeniem. W finale serialu nie pojawiła się potężna wiedźma Anathema, dobrotliwy Newton, czy zaprzyjaźnione z Azirafalem i Crowleyem sklepikarki z drugiego sezonu. Jedynie antychryst Adam miga w ostatniej scenie, jednak jego obecność można przegapić mrugając. Nie pełni też właściwie żadnej roli, stanowiąc jedynie niepotrzebne cameo.

Co gorsza zakończenie napisane przez Neila Gaimana wymazuje całą, rozciągającą się na 6000 lat, zawiłą relację anioła i demona. Wszystko co razem przeżyli, kim się stali pod swoim wpływem, znika ot tak. I choć otrzymujemy szczęśliwe zakończenie będące udziałem ludzi o twarzach Sheena i Tennanta, mamy świadomość, że to nie Azirafal i Crowley żyją długo i szczęśliwie, tylko obce nam jednostki.

Dziwi też brak pocałunku w serialu skupionym na romantycznej relacji. I oczywiście, panowie biorą się za ręce, a potem na dłoni jednego z nich miga obrączka, ale umówmy się, jedno drugiemu nie równe. Nie pomaga to, że twórcy tłumaczyli się chęcią uniknięcia powtórzeń z drugiego sezonu. Nie uznaję wprowadzenia pocałunku między dwojgiem kochających się istot za powtórzenie pocałunku nieodwzajemnionego, po którym jedna ze stron czuje potrzebę wybaczenia drugiej.

Choć trzeba przyznać, że pokazując jak schodzą się alternatywne wersje bohaterów, twórcy wprowadzają lubiany przez popkulturę motyw bratnich dusz, które spotykają się i zakochują się w sobie w każdym świecie, co jest ciekawym i poruszającym motywem.

Trzeci sezon “Dobrego Omenu” jest nie tylko kiepskim finałem bardzo dobrej serii, ale i fatalnym filmem. Nie radzi sobie z sensownym zamknięciem wątków, ani tych rozpoczętych wcześniej, ani nawet tych, które sam rozpoczął. Wprowadzając zbędne lub nazbyt przyśpieszone wątki, traci czas, który można było poświęcić na satysfakcjonujące dopełnienie relacji głównych bohaterów i ostatecznie kończy się w najbardziej frustrujący możliwy sposób.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych filmów i seriali znajdziesz tutaj

Zaobserwuj mnie na instagramie, żeby dostawać powiadomienia o kolejnych postach.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty