"Lilo i Stitch" Dean Fleischer Camp
Lilo i Stitch (Dean Fleischer Camp)
Reżyseria: Dean Fleischer Camp
Scenariusz: Chris Kekaniokalani Bright, Mike Van Waes
Zdjęcia: Nigel Bluck
Montaż: Adam Gerstel, Phillip J. Bartell
Muzyka: Dan Romer
Występują: Sydney Elizebeth Agudong, Billy Magnussen, Hannah Waddingham, Chris Sanders, Courtney B. Vance, Zach Galifianakis, Maia Kealoha i inni
Tłumaczenie: Renata Wojnarowska, Bartosz Wierzbięta (poprzez wykorzystanie fragmentów dialogów oryginalnych)
W wersji polskiej udział wzięli: Zofia Załuska, Julia Chatys, Zbigniew Zamachowski, Wojciech Mecwaldowski, Piotr Stramowski, Grzegorz Pawlak, Magdalena Kuta, Agnieszka Warchulska, Jan Marczewski, Danuta Stenka i inni
oOo
Remakoza w pełnej krasie
Wystarczy spojrzeć na nowe filmy i seriale, by dojść do wniosku, że żyjemy w czasach retellingów, sequeli, prequeli, spin-offów i remake’ów. Jedne z nich podchodzą do tekstu źródłowego z szacunkiem i kreatywnością dając nam nowoczesne spojrzenie na teksty sprzed lat. Inne zawodzą na całej linii. Do której grupy zalicza się “Lilo i Stitch” z 2025 roku?
Po śmierci rodziców kilkuletnia Lilo (Maia Kealoha) mieszka ze swoją starszą siostrą, Nani (Sydney Elizebeth Agudong), która porzuciła marzenia, by się nią zaopiekować. Niestety, trudna sytuacja coraz bardziej ją przerasta. Niespodziewanie w życie sióstr wkracza Stitch (Chris Sanders), śmiertelnie niebezpieczna istota z kosmosu, która ukrywa się na Ziemi przed kosmicznymi władzami.
Największą zaletą filmu jest niewątpliwie dynamiczna Maia Kealoha, która nie tyle gra, co uosabia Lilo. Perfekcyjnie wciela się w rezolutną dziewczynkę, świetnie oddając jej odwagę, frustrację, ale i smutek. Ma też naprawdę dobrą dynamikę ze swoją ekranową siostrą, nieźle radzi sobie też z interakcjami z generowanym komputerowo Stitchem.
Sydney Elizebeth Agudong w roli Nani bardzo realistycznie oddaje to jak sytuacja coraz bardziej dziewczynę przerasta. W każdej scenie czuje się jej rozpacz, zmęczenie i frustrację, jak i to, że właśnie znalazła się na skraju wytrzymałości. To postać, którą bardzo łatwo polubić i której kibicuje się przez cały film.
Pod kątem fabularnym “Lilo i Stitch” odrobinę przypomina mi “Śnieżkę”. Tu również wierne odtwarzanie scen z oryginału spotyka się ze znacznymi zmianami scenariuszowymi, które raz sprawdzają się fenomenalnie, raz niewyobrażalnie irytują. Wiele z nich w zamyśle brzmi świetnie, ale ich wykonanie pozostawia wiele do życzenia.
Przykładowo na plus oceniam wprowadzenie granej przez Amy Hill Tūtū, uczynnej sąsiadki, która wspiera siostry. Tyle tylko, że Tūtū, choć garnie się do pomocy, tylko powoduje problemy i co gorsza powiela szkodliwe wzorce. Przywołuję tu moment, gdy zabiera Lilo do schroniska i wbrew woli Nani pomaga dziewczynce adoptować ‘zwierzaka’, w ten sposób dokładając starszej siostrze zmartwień.
Problem stanowi też próba przedłużenia filmu na siłę. To o tyle ciekawe, że pozbyto się kilku wątków, jak chociażby kapitana Gantu. Zwolnione w ten sposób miejsce zajmują kolejne sceny wygłupów Lilo i Stitcha, działające filmowi na niekorzyść. Z kolei postać, która zastępuje Gantu w roli antagonisty, traci tym samym swoją własną drogę ku dobru.
Animacja “Lilo i Stitch” opowiadała o miłości łączącej członków rodziny i jej zbawiennym wpływie na istotę stworzoną, by niszczyć. To szczere przedstawienie więzi między siostrami od lat porusza całe pokolenia, a motto filmu - “Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca, ani nie porzuca” - ma w sobie wielką moc.
Remake postanowił nieco odświeżyć realia, wprowadzając wątek wymarzonych studiów Nani i choć rozumiem sposób w jaki scenarzyści go rozegrali, obawiam się, że gdzieś po drodze udało im się zgubić to co było najpiękniejsze w animacji. A wystarczyło inaczej dość do tego samego finału.
Gorzej wybrzmiewa też motyw drogi jaką przechodzi Stitch. Częściowo zawiniły tu dodane sceny, w których Lilo i jej kompan nie z tej ziemi powodują coraz większy chaos i wpędzając Nani w coraz większe kłopoty. Takie momenty pojawiały się już w oryginale, było ich jednak na tyle mało, by pozostały zabawne i urocze. Film aktorski wprowadził ich jednak stanowczo za dużo. Zrezygnował też z nawiązania do “Brzydkiego Kaczątka”, co zaskakująco wpłynęło na odbiór postaci niebieskiego kosmity.
Trzeba jednak zauważyć, że twórcy zadbali o wierne przedstawienie miejscowej kultury, której wpływ czuje się o wiele bardziej niż w animacji. Od wyboru obsady, przez muzykę czy dobór poszczególnych słów w miejscowym języku ”Lilo i Stitch” to film głęboko osadzony miejscowych zwyczajach i sposobie życia.
Niestety, film aż roi się od nieścisłości, często wynikającej z montażu. Żeby nie być gołosłownym: pewna postać znika między kadrami, by już nigdy się nie pojawić, a sceny mają miejsce w złej kolejności, wzajemnie sobie przecząc. Z kolei scenariusz nie radzi sobie z odpowiednim wprowadzeniem motywacji postaci: agent rządowy nie ma żadnego powodu, by pomagać Lilo i Nani, a przewodnicząca rady, by uwolnić Stitcha. Ten drugi wątek został po prawdzie zaczerpnięty z animacji, ale remake nie zrobił nic, by go poprawić. Kuleje również logika i fizyka, szczególnie w scenie lotu statkiem kosmicznym w finale.
Czy w takim razie ta komedia familijna jest zabawna? W moim odczuciu nieszczególnie. Slapstick towarzyszący przygodom Pleakleya i Jumby na ziemi budzi raczej zażenowanie niż rozbawienie. Ponobnie inne elementy komediowe są dość niskich lotów i choć mogą rozbawić młodego widza, rodziców raczej sfrustrują. Jedynie humory Lilo mogą wywołać uśmiech, ale tylko do pewnego momentu, po którym stają się irytujące.
Można by się spodziewać, że szykując aktorską wersję filmu, którego głównym bohaterem jest istota z kosmosu, twórcy zadbają o efekty specjalne na wysokim poziomie. Nic bardziej mylnego. Sam Stitch wygląda po prawdzie całkiem nieźle, a jego interakcje z Lilo wypadają dość naturalne, ale gdy przytula go Nani widać, że aktorka nie ma pojęcia, gdzie generowana komputerowo postać będzie się znajdować.
Natomiast pozostałe istoty pozaziemskie, a szczególnie Pleakley i Jumba prezentują się koszmarnie. Nie odnoszę się tu do projektów postaci, które wiernie odwzorowują animację, ale do wykonania. Zamiast komponować się z tłem, postaci ostro się od niego odcinają, wyglądając po prostu sztucznie, całkiem jakby zrobiono je z gumy. Całość sprawia, że zastanawiamy się po co film w ogóle powstał, skoro twórcy nie potrafili poradzić sobie ze zrobieniem go porządnie.
Kolejny problem stanowią przytłumione kolory, które zamiast odzwierciedlać piękno Hawajów postrzeganych oczami dziecka, tworzą nieco depresyjny obraz. Nawet Stitch przypomina spraną przytulankę. Może nie uznałabym tego za oczywistą wadę filmu, gdybym nie widziała wcześniej animacji i nie zakochała się w żywych barwach i magicznym świecie w niej przedstawionych. Poza tym film pieczołowicie odwzorowuje lokacje z pierwowzoru.
Do kostiumów twórcy podeszli nieco bardziej kreatywnie, nawiązując do obecnych trendów i stawiając na wygodę. Zobaczymy więc Lilo biegającą w krótkich spodenkach i koszulce, zamiast w ikonicznej sukience. Takie realistyczne podejście do strojów noszonych przez dzieci nie tylko sprawi, że młodzi odbiorcy zobaczą w bohaterce siebie, ale i pasuje do klimatu.
Nie mogę też nie wspomnieć o najbardziej rażącej zmianie, czyli brakujących damskich przebraniach Pleakleya. Choć nie wnoszą one zbyt wiele do fabuły, nie dziwi mnie żywa reakcja fanów na ich brak. W końcu przez dwadzieścia lat od powstania animacji Pleakley stał się dla niektórych ikoną, a jej zniknięcie musi boleć.
Oglądałam film w oryginale, ale z polskimi napisami i muszę przyznać, że doceniam wykorzystanie fragmentów oryginalnych dialogów w tłumaczeniu Bartosza Wierzbięty, tam gdzie było to możliwe, czyli w miejscach, które cytują animację. Za resztę przekładu odpowiada Renata Wojnarowska, która bardzo rzetelnie wykonała swoją pracę. Wątpię jednak, by efekty jej pracy zapadły komukolwiek w pamięć.
Aktorski “Lilo i Stitch” to film nie tylko zbędny, ale i kiepsko zrealizowany. Scenariusz niepotrzebnie rozwleka jeden wątek, by pozbyć się drugiego i wypaczyć kolejny, natomiast efekty specjalne prezentują się wręcz fatalnie, co w połączeniu z przytłumionymi kolorami daje film w najlepszym razie nijaki. I choć obsada bardzo się stara, nie jest w stanie uratować tego projektu.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
oOo
Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych filmów i seriali znajdziesz tutaj.
Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.
A może masz ochotę postawić mi kawę?






Komentarze
Prześlij komentarz