“Player One” Steven Spielberg
“Player One” Steven Spielberg
Tytuł oryginału: Ready Player One
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: Zak Penn
Na podstawie powieści Ernesta Cline’a o tym samym tytule
Muzyka: Alan Silvestri
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Kostiumy: Kasia Walicka-Maimone
Montaż: Michael Kahn, Sarah Broshar
Występują: Tye Sheridan, Olivia Cooke, Ben Mendelsohn, Simon Pegg, T.J. Miller, Hannah John-Kamen, Mark Rylance, Lena Waithe i inni
Tłumaczenie: Jakub Kowalczyk
W polskiej wersji udział wzięli: Jędrzej Hycnar, Marta Wągrocka, Anna Szymańczyk, Piotr Polak, Szymon Kuśmider, Grzegorz Pawlak, Marek Lewandowski i inni
oOo
Deszcz easter eggów i zero sensu
Jakiś czas temu nastolatek interesujący się popkulturą był na samym dole łańcucha pokarmowego swojej szkoły. Taki niezrozumiany, zmarginalizowany nerd bezskutecznie szukał dla siebie miejsca w społeczeństwie. Aż przyszedł on, Ernest Cline i jego książka, w którym znajomość popkultury stała się drogą do sławy i chwały. A potem Steven Spielberg zrobił z niej film.
Przyszłość. Społeczeństwo spędza większość czasu na platformie internetowej Oasis. Jej nieżyjący twórca pozostawił po sobie konkurs: ten kto wykaże się największą wiedzą o popkulturze odziedziczy Oasis. Jednym z pretendentów jest Wade (Tye Sheridan), chłopak, który ucieka przed szarą codziennością.
W założeniu “Player One” jest filmem zwodniczo życiowym. Pojawia się w nim wątek złowieszczej korporacji, która chce zmonetyzować każdą przestrzeń, na której ludzie mogą wyrażać swoją osobowość i przejąć władzę na światem przez wpływy i uzależnienie klientów od swoich produktów. Wykorzystują w tym celu dostępne sobie wręcz nieskończone zaplecze, a film sięga po coraz bardziej brutalne sposoby, by przypomnieć widzowi, że korporacja ta jest zła. Naprawdę zła. Całkowicie zła.
Na jej czele stoi Sorento (w tej roli Ben Mendelsohn), którym powoduje wyłącznie chęć zarobku. To inteligentny, cyniczny człowiek, całkowicie skupiony na swoim zadaniu, który chwyci się wszystkiego, byle tylko osiągnąć cel. W tej chciwości jest przy tym niezwykle realistyczny i to z pewnością jego największa zaleta. Zostaje też przedstawiony jednoznacznie źle, a walcząca z nim jednostka z miejsca ma przyciągać sympatię odbiorcy.
Tyle tylko, że jednostką tą jest grany przez Tye’a Sheridana Wade, czyli kwintesencja toksycznego fana popkultury, który uważa się za lepszego od innych tylko dlatego, że akurat zna tę jedna konkretną, niepotrzebną w codziennym życiu informację. Bierze udział w konkursie, by zdobyć uznanie i pieniądze, a jego interakcje z kolejnymi bohaterami przyprawiają o ból głowy. Żeruje na opiekującej się nim ciotce i narzuca się unikającej go Artemis. Jedynie jego przyjacielska relacja z Aeche wypada przekonywująco i dość uroczo.
I tu dochodzimy do największego problemu “Player One”. Zarówno budowę świata przedstawionego jak i charakterystykę postaci poznajemy poprzez narrację Wade’a, który przy pomocy długich monologów tłumaczy widzowi jak działa jego świat. To nie tylko rażący błąd w sztuce filmowej, ale i okno w myśli Wade’a, dzięki któremu widz dowiaduje się z jak irytująca postacią ma do czynienia.
O wiele bardziej interesująca jest Artemis (Olivia Cooke), kompetentna, zdeterminowana dziewczyna, która w odróżnieniu od Wade’a ma bardzo dobry powód by walczyć o wygraną. I może gdyby napisał ją ktoś inny, mogłaby stanowić świetny wzór dla wielu młodych dziewczynek. Powstała jednak spod pióra Ernesta Cline’a w efekcie czego większość jej wątku sprowadza się do Wade’a, a wszystkie jej umiejętności idą w kąt w obliczu zainteresowania faceta, które z miejsca leczy jej kompleksy.
Niestety, film roi się od nieścisłości i dziur fabularnych: nigdy nie wyjaśnia jak dokładnie działa świat przedstawiony. Kto w nim rządzi i dlaczego władze prawie nie reagują, gdy ludzie trafiają do niewolniczej pracy ani nie ścigają człowieka z bronią biegającego po ulicach, ale pojawiają się na miejscu tuż po rozwiązaniu intrygi. Wprowadza też motyw chodzenia po ulicach w okularach do Oasis, które w logicznie funkcjonującej rzeczywistości skończyłoby się w najlepszym razie zderzeniem ze ścianą, w najgorszym śmiercią pod kołami przejeżdżającego samochodu.
Problem stanowi też główna oś fabuły. Sam w sobie pomysł konkursu, w wyniku którego można uzyskać pełną kontrolę nad Oasis, choć irracjonalny, jest nawet prawdopodobny. W końcu ekscentryczni bogacze miewają dziwniejsze plany. Tyle tylko, że cały wyścig promuje tylko i wyłącznie popkulturalną pamięciówkę, a Wade jest w nim całkowicie zbędny. Na pierwszą wskazówkę wpadł po prawdzie sam, ale przez przypadek, a zdobycie klucza nie wymagało od niego specjalnych umiejętności. Pozostałe zadania rozwiązał natomiast ktoś inny. To jednak zarzut do samego tekstu źródłowego.
Trzeba jednak przyznać, że w filmie stworzono dwie zupełnie odmienne rzeczywistości. Pierwsza to realny świat, szarobury i zaśmiecony, w którym każdy walczy o przetrwanie. I może byłaby to ciekawa interpretacja, gdyby identyczna wizja dystopijnej przyszłości nie pojawiła się już w wielu filmach o podobnej tematyce. A “Player One” nie spędza w tym świecie dość czasu, by odpowiednio go nakreślić.
Znacznie bardziej szczegółowo przedstawiono wirtualną rzeczywistość Oasis, barwne, kolorowe miejsce stanowiące zlepek popkulturowych światów. Dużą rolę odgrywają tu świetne efekty specjalne, które sprawnie kreują zarówno świat rzeczywisty, jak i wirtualny. Jedynie twarze awatarów w Oasis balansują na granicy doliny niesamowitości.
Podobnie można podzielić kostiumy. Przebywając w świecie rzeczywistym postaci noszą różne odcienie szarości, a ich stroje zdradzają stan materialny właściciela. Są też lekko stylizowane, by oddać futurystyczny charakter filmu. Natomiast awatary w Oasis noszą widowiskowe, kolorowe ubrania, często nawiązujące do filmów czy gier komputerowych.
“Player One” przypomina popkulturowe bingo. Ekran aż roi się od upchniętych na wszystkich planach nawiązań do największych franczyz świata, ze szczególnym uwzględnieniem tych, do których prawa ma wytwórnia odpowiedzialna za film. Tyle tylko, że większość z nich nie pełni żadnej roli, pojawia się tylko na sekundę lub dwie.
Mimo to twórcom udało się wykorzystać niektóre z nich w sposób przeczący tekstom kultury, z których pochodzą. Zobaczymy więc Stalowego Giganta, postać do bólu pacyfistyczną, używaną jako maszyna zniszczenia czy Komandora Sheparda robiącego jedyną rzecz, której nie potrafi: tańczącego w klubie.
Ponad to, wiele takich postaci zostało wprowadzonych po prostu źle. Zamiast subtelnie mrugnąć do widza, film zasypuje widza dziesiątkami danych, które nic nie powiedzą laikowi, a znawcę sfrustrują. To kwintesencja tego co najbardziej frapuje mnie w “Player One”. Dla kogo powstał ten film? Fanom nie trzeba by nic tłumaczyć. Laikom natomiast nawiązania nie sprawią takiej radości.
Przygotowane pod dubbing tłumaczenie Jakuba Kowalczyka jest bardzo naturalne i dobrze pasuje zarówno do sytuacji, jak i mimiki aktorów. Realistycznie oddaje też sposób mówienia młodych ludzi. Zadbano także o utrzymanie utrwalonych tłumaczeń z różnych franczyz.
Równie dobrze wypada sam dubbing. Choć cała obsada staje na wysokości zadania, najlepiej wypada Jędrzej Hycnar w roli Wade’a, charyzmą bijąc Tye’a Sheridana na głowę. Warto też dodać, że głos postaci, której tożsamość ma pozostać tajemnicą, został zmodulowany, by widz, zbyt szybko nie domyślił się prawdy.
“Player One” to powielający szkodliwe stereotypy film, który nie może się zdecydować do kogo chce trafić. Antypatyczny protagonista i stereotypowo napisane postaci poboczne nie pomagają przyciągnąć sympatii widza i choć fabuła niepokojąco ociera się o naszą rzeczywistość, sam film podchodzi do niej zbyt pobieżnie. Świetnie nadaje się jednak do grania w popkulturowe bingo.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
oOo
Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych filmów i seriali znajdziesz tutaj.
Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.
A może masz ochotę postawić mi kawę?







Komentarze
Prześlij komentarz