"Familiar" Leigh Bardugo

Już to gdzieś czytałam...

W 2024 roku Leigh Bardugo, znana ze stworzenia uniwersum griszów, zapoczątkowanego przez głośną “Cień i kość” opublikowała coś zupełnie nowego. Powieść historyczną z elementami fantastyki, dziejącą się podczas złotego wieku Hiszpanii. Nie zdziwi was pewnie, że po prostu musiałam po nią sięgnąć.

Luzia Cotado ma tajemnicę. Pod przebraniem zwykłem pomywaczki ukrywa się inteligentna, wykształcona młoda kobieta, która potrafi czynić cuda. Cóż, może nie cuda, lecz z pewnością cudziki. Lecz gdy jej umiejętności przyciągają uwagę możnych Hiszpanii, Luzia staje przed trudnym wyborem. Bezpieczeństwo czy potęga? I jaką rolę pełni w tym wszystkim tajemniczy Guillén Santángel?

Główną bohaterką powieści jest Luzia Cana Cotado, młoda kobieta, która ukrywa swoje prawdziwe pochodzenie, charakter i inteligencję. To znaczy, w to każe nam wierzyć autorka, bo choć bohaterka wykazuje się przenikliwością, jednocześnie raz po raz podejmuje niezwykle głupie decyzje. Oczywiście, takie zachowanie czyni ją o wiele bardziej realistyczną postacią, wolałabym jednak, by Bardugo uniknęła niekonsekwencji. Luzia jest przy tym bardzo ambitna, a także spragniona miłości, akceptacji i bezpieczeństwa, co stanowi jej główną motywację. To powiedziawszy, autorka dość sprawnie oddaje jej rosnące pragnienie władzy, upajanie się mocą i dumę z własnych umiejętności, dobrze pokazuje też niepewność w jakiej żyje Luzia.

Natomiast Guillén Santángel to zblazowany, zgorzkniały cynik gotowy na wszystko, by odzyskać wolność. Jest kwintesencją tego co najgorsze w postaciach męskich z powieści dla nastolatków. To człowiek okrutny, którego cieszy ból innych ludzi, pełen pogardy dla każdego kogo spotka, z Luzią na czele. Jest po prawdzie inteligentny i niezwykle sprytny, ale i zawistny, a jego fascynacja główną bohaterką rodzi się z samolubnej potrzeby poczucia, że żyje. I choć ma też łagodniejszą stronę, pokazuje ją na tyle rzadko, że łatwo o niej zapomnieć. Szczególnie biorąc pod uwagę przytłaczającą listę jego negatywnych cech. Warto też zauważyć, że jego nietypowe umiejętności spłycają każde poświęcenie.

Ciekawią postacią jest natomiast ciotka Luzii, Hualit, której motywacje nigdy nie są w pełni jasne. Niby troszczy się o siostrzenicę, ale nie waha się przedstawić jej niebezpiecznemu wielmoży. Z każdą kolejną scenę ma się też coraz większe wrażenie, że nikt w pełni jej nie zna i to właśnie sprawia, że staje się tak interesująca postacią. Fascynują mnie też motywacje Fortuna, chłopaka, z którym rywalizuje Luzia. Z kolei jej pracodawczyni, Valentina jest chyba najbardziej dynamiczną bohaterką powieści. Ta zawistna, zgorzkniała kobieta uczy się stanąć na własnych nogach i walczyć o to co uważa za słuszne. Uwielbiam też Teodę z jej kreatywnymi komentarzami i pewnością siebie.

To powiedziawszy główną osią fabuły powinna być relacja Luzii i Santángela. Problem polega na tym, że mimo przeczytania całej książki, wciąż nie wiem co ta para w sobie widzi. Bohaterowie rozmawiają głównie o teorii magii i czekających Luzię wyzwaniach. Prawie się nie znają. Łącząca ich zażyłość rodzi się wyłącznie na bazie desperacji i pragnienia władzy. Santángel jest jedynym mężczyzną, który wykazał zainteresowanie Luzią, a w jego obecności moce kobiety lepiej działają. Z kolei Santángel staje się coraz silniejszy im dłużej przebywa w jej towarzystwie.

Co gorsza, dynamika między nimi uderzająco przypomina mi to co łączy Alinę i Zmrocza z poprzedniego cyklu Leigh Bardugo. Same postaci też stanowią nowe wersje bohaterów uniwersum griszów. Luzia, całkiem jak Alina, jest młodą kobietą o utajonej mocy, która upaja się tym co potrafi, a mroczny Santángel nawet ukrywa się pośród cieni, całkiem jak Zmrocz. Jedyna różnica polega na tym, że tamtej relacji autorka nie próbowała za wszelką cenę romantyzować. Natomiast opryskliwy Santángel ma się nam od początku jawić jako spełnienie wszystkich marzeń Luzii.

O wiele ciekawiej przedstawia się właściwie każda relacja w książce. Zastanawia to jak do Luzii odnosi się jej tajemnicza ciotka Hualit. Fascynuje ciekawa i bardzo dynamiczna relacja młodej kobiety z jej pracodawczynią, Valentiną. Porusza boleśnie realistyczna małżeństwo Valentiny i Mariusa. Ba, nawet toksyczna więź między Víctorem de Paredesem i Santángelem jest warta uwagi. Tym większa szkoda, że te nikną w porównaniu z miałkim romansem.

Głównym elementem historii jest turniej, który wyłonić ma mistrza magii dla króla Hiszpanii. Pretendenci przechodzą przez kolejne próby, w międzyczasie wplątując się w intrygi ludzi znacznie od siebie potężniejszych. Niestety, pomijając fatalnie napisany wątek romantyczny, największą wadą “Familiara” jest niezwykle rozwleczona fabuła. Autorka zapełnia książkę ogromem wspomnień, postaci pobocznych i rozmów o niczym, ale ogranicza do minimum wydarzenia, które coś by do opowieści wniosły.

W efekcie powstaje dość przewidywalna książka, którą da się streścić w kilku krótkich zdaniach, choć przeczytanie jej zajmuje wiele godzin. Nie byłby to może problem, gdyby miała do zaoferowania coś innego. Niestety, choć Leigh Bardugo definitywnie miała pomysł na pokazanie tragicznego losu Żydów w szesnastowiecznej Hiszpanii, nie starczyło jej umiejętności, by dobrze przekazać swoje przesłanie.

A przecież w “Familiarze” przewija się wiele ciekawych motywów. Autorka pochyla się nad losem kobiet w szesnastowiecznej Hiszpanii, na przykładzie głównych bohaterek pokazując różne dostępne im ścieżki. Zgłębia też historię mniejszości Żydowskiej i jej bestialskiego traktowania przez koronę hiszpańską. Dość wnikliwie opisuje też efekty jakie ukrywanie własnej kultury ma na kolejne pokolenia, które tracą swoje korzenie.

W centrum historii znajduje się też wątek ambicji. To właśnie ona popycha większość bohaterów do przodu. Luzię skłania do zdradzenia się ze swoimi możliwościami, Víctora skłania do kolejnych intryg, zaś Péreza do walki o przychylność króla. Autorka nie ukrywa jednak towarzyszących jej zagrożeń i konsekwencji czyhających na tych, którzy jej ulegną. Poświęca też uwagę pragnieniu wolności, które łączy Luzię i Santángela czy strachu przed śmiercią, który motywuje mężczyznę. Niestety, streszczenie fabuły i motywów brzmi znacznie ciekawiej niż to jak opisano je w książce.

Nie pomaga fatalnie rozplanowane zakończenie powieści. Nie będę tu wchodzić w szczegóły, ale ze wszystkich dostępnych jej opcji, autorka wybrała tę najbardziej nieprawdopodobną i oklepaną, która wymaga od bohaterki boskich wręcz mocy. I choć jestem w stanie wyobrazić sobie czytelników, którzy będą tym finałem zachwyceni, sama od tego typu książek wymagam znacznie więcej realizmu, choćby za cenę goryczy.

Na pierwszy rzut oka opisany w “Familiarze” system magiczny wydaje się niezwykle interesujący. Luzia używa powiedzeń w mieszance nieznanych sobie języków, by ukierunkować płynący w swoich żyłach talent. Warto też zauważyć, jak ciekawie przeplata się w tekście magia i religia. Bohaterka żyje w ciągłym strachu, że jej umiejętności zostaną uznane za czary zamiast za cuda. Szkoda tylko, że autorka nie pochyliła się nad tym jak wierząca przecież dziewczyna sama postrzega swoją magię. Natomiast książka dość wcześnie uświadamia kobietę (i czytelnika) co do ograniczeń: podjęcie się zbyt wielkiego wysiłku może się dla Luzii skończyć tragicznie. Problem polega na tym, że później fabuła zupełnie o tym zapomina, a główna bohaterka z każdą sceną dokonuje coraz większych cudów, a jej możliwości zdają się nie mieć końca. Choć trzeba przyznać, że wymaga to od niej skupienia, a stres utrudnia jej zadanie.

Tyle tylko, że o ile w trakcie czytania powiedzenia Luzii mają sens, a czytelnik w naturalny sposób przypisuje ich wielojęzyczny charakter licznym wędrówkom ludu, z którego pochodzi kobieta, posłowie autorki temu zaprzecza. Bardugo przyznaje się w nim, że zaczerpnęła ten pomysł z kultury Latino i przeniosła powiedzenia w czasie i przestrzeni, by jej bohaterka mogła ich użyć. To doprowadza mnie do pytania: dlaczego “Familiar” dzieje się akurat w szesnastowiecznej Hiszpanii? Czy nie prościej byłoby dostosować czas i miejsce akcji do przysłów?

Wygląda na to, że autorka postanowiła tym razem nie trzymać się jednej postaci, by uniknąć pomijania wydarzeń, w których ta nie bierze udziału. Narracja przeskakuje pomiędzy kilkorgiem bohaterów, skupiając się szczególnie na Luzii i Santángelu. Niestety, punkt widzenia niektórych postaci pobocznych, jak chociażby Hualit, pojawia się stanowczo za późno.  Co gorsza, Bardugo na tyle nieumiejętnie wybiera sceny do pokazania, że zabija wszelki niepokój o bohaterów.

Można tu przytoczyć przykład mocy Santángela. Najpierw czytelnik dowiaduje się z jego własnej narracji, że mężczyzna jest praktycznie niezniszczalny i nie czuje bólu. Niedługo potem oczami Luzii obserwuje jak ktoś go torturuje, wie już jednak, że dla familiara to nic szczególnego. Takie błędy powtarzają się w książce wielokrotnie i przywodzą mi na myśl fanfiki, w których nie próbuje się nawet zaskoczyć odbiorcy, bo ten i tak świetnie zna już postaci. Od powieści wymagam jednak nieco więcej.

“Familiar” jest naprawdę masywną książką, ale im dalej się w nią zagłębiamy, tym bardziej zauważamy, że niewiele się w niej dzieje. Pojawia się natomiast wiele postaci, których obecność nic do powieści nie wnosi. Żeby nie być gołosłownym: od pierwszych stron raz po raz wspomina się pewną pisarkę, która przewija się przez kilka scen w późniejszych rozdziałach, przejmując nawet na chwilę narrację. Jej wpływ na los Luzii ogranicza się jednak do jednej sukienki i odrobiny jedzenia.

Denerwuje też dosłowność Bardugo, która upiera się mówić wszystko otwarcie, zamiast pozwolić czytelnikowi wysnuć własne wnioski. To bardzo widoczne w scenie z granatem, która mogłaby wywołać uśmiech na twarzy odbiorcy świadomego nawiązania do mitologii greckiej. Autorka zdecydowała się jednak wszystko mu wyjaśnić, traktując go przez to nieco protekcjonalnie.

W książce pojawiają się też dość gustowne i zakończone wyciemnieniem sceny intymne. I nie miałabym nic specjalnego do powiedzenia na ich temat, gdyby nie to, że pierwsza kończy się kuriozalnym motywem podniecenia, które pod wpływem ich namiętności głównej pary ogarnia wszystkich ludzi przebywających w tym samym budynku co oni.

Pierwsza rzecz, która denerwuje mnie w polskim wydaniu “Familiara” to tytuł. Nie potrafię zrozumieć czemu zdecydowano się na zachowanie angielskiego terminu, podczas gdy polski ‘chowaniec’ czy choćby ‘zausznik’ był pod ręką. Biorąc jednak pod uwagę jak wiele książek pojawia się na półkach księgarni z angielską okładką, może nie powinno mnie to jednak dziwić.

Niestety, tłumaczenie Klaudii Warwińskiej, choć względnie sprawnie, ma kilka niedociągnięć. Raz po raz w tekście pojawiają się nienaturalnie brzmiące frazy, przeniesione do polskiego z oryginału. Dopiero znając angielski może w pełni zrozumieć takie kalki, a ich obecność w tekście zaakceptowanym przez profesjonalne wydawnictwo to ogromne przeoczenie. Na szczęście zadbano przynajmniej o zachowanie wstawek z hiszpańskiego, które nadają książce klimatu.

Polskie wydanie ma jedną, ogromną zaletę. Audiobook brawurowo czyta Marcin Przybylski, którego głos perfekcyjnie pasuje do opowiadania mrocznych historii o dawnych czasach. Dba też, by każda z głównych postaci mówiła własnym głosem. Szczerze powiedziawszy na pewnym etapie tylko jego narracja sprawiała, że w miarę dobrze się bawiłam.

“Familiar” to niepotrzebnie rozwleczona książka, w której autorka wykorzystuje ponownie archetypy postaci i motywy z uniwersum griszów. Powieść roi się też od niedociągnięć i niewykorzystanych możliwości, które sprawiają, że lektura szybko przestaje sprawiać przyjemność, mimo kilku ciekawych pomysłów i wątków.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna. 

 oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych książek i komiksów znajdziesz tutaj.

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie

 może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty