“Panna młoda!” Maggie Gyllenhaal

“Panna młoda!” Maggie Gyllenhaal

Tytuł oryginału: The Bride!

Scenariusz i reżyseria: Maggie Gyllenhaal

Na podstawie powieści “Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” Mary Shelley

Zdjęcia: Lawrence Sher

Montaż: Dylan Tichenor

Muzyka: Hildur Guðnadóttir

Występują: Jessie Buckley, Christian Bale, Peter Sarsgaard, Annette Bening, Jake Gyllenhaal, Penélope Cruz i inni

oOo

Gniew to nie wszystko

Szczerze powiedziawszy, wybierając się na “Pannę młodą!” Maggie Gyllenhaal spodziewałam się po prostu nowej interpretacji filmu “Narzeczona Frankensteina” z 1935 roku. Szybko jednak zrozumiałam, że to zaledwie punkt wyjścia do opowiedzenie zupełnie innej, współczesnej historii. Pytanie tylko czy to działa?

Frankenstein (Christian Bale) prosi doktor Euphronious (Annette Bening) o stworzenie mu żony na jego podobieństwo. Wybór pada na tajemniczo zmarłą Idę (Jessie Buckley). Nikt jednak nie może się spodziewać jak mroczne tajemnice skrywa przeszłość kobiety, ani ile ma do powiedzenia duch słynnej pisarki, Mary Wollstonecraft, który przemawia jej ustami.

Ciężko policzyć role, które musi tu odegrać Jessie Buckley. Jest stłamszoną Idą i zagubioną Penelope, by w końcu odkryć prawdziwą siebie i stać się tytułową Panną Młodą. Świetnie radzi sobie z emocjonalnymi scenami, jest bezbronna, ciekawska i raz po raz łapie za serce. Szczególnie zachwyca w scenie konfrontacji z detektywem Wilesem, czy w końcowych scenach, gdzie wylewa się z niej frustracja i desperacja.

Niestety, by pokazać opętanie polega na przerysowaniu. Chaotyczne, nienaturalne ruchy i spazmatyczna mimika w połączeniu z dziwacznymi wypowiedziami tworzą trudny w odbiorze efekt. I choć to dobre podsumowanie emocji targających postacią, ciężko oprzeć się wrażeniu, że reżyserka i aktorka po prostu przesadziły.

Christian Bale jako Frank zachwyca w każdej w scenie, w której musi pokazać wrażliwość swojej postaci. Takie subtelne, łagodne momenty malują portret człowieka samotnego i wyobcowanego. W każdym jego ruchu widać jak bardzo Frank się kontroluje, jak stara się dopasować. Rozczula też jego dziecięca wręcz radość i ucieczka w fantazje i marzenia. Niestety, wizja reżyserska od niego także wymaga przerysowanych, szalonych momentów, które ciężko się ogląda.

Doktor Euphronious w wykonaniu Annette Bening jest oschła i kompetentna. Za priorytet stawia sobie naukę, choć ugina się pod wpływem próśb Franka i postanawia mu pomóc. Ich relacja jest jedną z ciekawszych w tym filmie. Żałuję tylko, że jedynym źródłem informacji o jej przeszłości i doświadczeniach jest beznamiętny monolog.

Peter Sarsgaard w roli czarującego detektywa Jake’a Wilesa też nie ma się za bardzo jak wykazać. Udaje mu się sprawnie pokazać relację swojego bohatera i Myrny i całkiem nieźle oddać jego poczucie winy i rozpacz. Szkoda tylko, że musi przejść do emocjonalnej przemowy właściwie bez żadnego wstępu.

Penélope Cruz jako Myrna Malloy, asystentka detektywa i prawdziwy mózg operacji jest kompetentna i tajemnicza, głównie dlatego, że scenariusz niewiele o niej mówi. I choć Cruz stara się jak może, by uczynić ją charyzmatyczną i intrygującą, niewiele może zrobić z tak stereotypową postacią w tak krótkim czasie.

Jednym z problemów filmu jest nadmiar wątków, który wprowadza niepotrzebny chaos. Główna linia fabularna skupia się na Franku, jego samotności i poszukiwaniu żony. I muszę przyznać, że mimo kilku klisz, emocjonalne sprawdza się bardzo dobrze, częściowo dzięki poruszającej kreacji Christiana Bale’a.

Z początku ciekawy wydaje się też wątek dwojga detektywów, którzy podążają tropem pary. Postaci mają interesująca dynamikę i dobrze się uzupełniają. Niestety, zamiast poprowadzić je naturalnie, film po zbyt długim wprowadzeniu, rozwiązuje całą tajemnicę w jednej, sztucznie brzmiącej przemowie.

Wprowadzając do fabuły Mary Wollstonecraft scenarzystka tworzy świat, w którym jednocześnie istnieje wskrzeszający zmarłych Victor Frankenstein, jak i książka o nim. I choć to technicznie możliwe, tworzy więcej pytań niż odpowiedzi. Co gorsza to właśnie sceny z Mary wprowadzają najwięcej chaosu, jednocześnie nie wiele mówiąc o samej postaci. Nie pomagają dziwaczne rymowane wypowiedzi składające się z losowych słów. Choć doceniam obsadzenie także w tej roli Jessie Buckley, tworząc ciekawy łącznik między Idą i Mary. To powiedziawszy wykorzystanie ducha i opętania ociera się o lenistwo, o ile ciekawiej by było, gdyby gniew narastał w samej Idzie i w pewnym momencie naturalnie wybuchł.

Na koniec oczywiście dominujący tematycznie, ale zmarginalizowany czasowo wątek kobiecego gniewu i zemsty na okrutnym świecie. Mary pełni tu rolę kluczową. Jako personifikacja tej wściekłości, ustami Idy mówi o wszystkim co boli jej siostry i daje początek fali agresji. Ida staje się symbolem i źródłem siły, dzięki któremu kobiety jednoczą się i ruszają na ulice by wyrazić swoją złość. Z nim łączy się ledwo zauważalny wątek mafijny, który choć sprawnie przeprowadzony, pojawia się tylko po to, by zapoczątkować inne wydarzenia.

Z powyższego podsumowania wyłania się zarys tematyki filmu. Na przykładzie Franka twórczyni omawia samotność jednostki innej niż wszystkie, pokazując przy tym sposoby na radzenie sobie z nią: ucieczkę w popkulturę i idolizację celebrytów takich jak aktor, którego filmy nałogowo ogląda Frank.

Maggie Gyllenhaal nie unika trudnych tematów. Zachowując współczucie wobec Franka, otwarcie piętnuje to jak szukając dla siebie partnerki stara się wtłoczyć wybrankę w wymyślone przez siebie normy. Zamiast stworzyć prawdziwą więź z Idą, karmi ją kłamstwami i przemienia w swoją wymarzoną Penelope. To on definiuje jej osobowość, pasje czy marzenia.

Tu dochodzimy do najważniejszych motywów “Panny młodej”, która jest przecież w pierwszej kolejności filmem o kobietach. Twórczyni bez ogródek rozlicza się z wykorzystującym je społeczeństwem pokazując jak zostają oszukane i porzucone przez tych, którzy mieli je chronić. A potem daje ofiarom władzę i odwagę, by zemścić się za swoje krzywdy.

I o ile brzmi to naprawdę ciekawie, mam wiele do zarzucenia temu jak Gyllenhaal przeprowadziła swój plan. Pokazując w filmie protesty kobiet, które łapią za broń i sieją chaos na ulicach dobrze oddaje ich zasłużony gniew, ale zaproponowane przez nią rozwiązanie prowadzi tylko do coraz większego chaosu. Przy tym, o ile oglądanie zemsty na ekranie bywa satysfakcjonujące, najpierw należy dobrze wprowadzić postać oprawcy. W “Pannie młodej”, filmie dość symbolicznym, sprawa wydaje się zbyt abstrakcyjna, by przemówić do szerszego odbiorcy.

Oczywiście książka Mary Wollstonecraft Shelley jest dla “Panny młodej!” zaledwie punktem wyjścia, a umieszczając akcję wiele lat później, Gyllenhaal zostawiła sobie wygodą furtkę: czas mógł zmienić Frankensteina nie do poznania. Film jednak nie tylko odchodzi od książki, ale i nie zachowuje spójności sam ze sobą. Ten sam Frank, który na początku usilnie próbuje upodobnić się do zwykłych ludzi, a straciwszy kontrolę popada w panikę, niedługo po tym upaja się morderczym szałem swojej partnerki. To nie tyle niezrozumienie książki, co celowe od niej odejście. To powiedziawszy niekonsekwentne zachowanie tytułowej bohaterki, choć irytujące, da się wytłumaczyć jej stanem psychicznym. Logika zawodzi natomiast całkowicie w scenie finałowej.

O wiele lepiej oceniam wykonanie filmu. Wspaniale wygląda makijaż, dzięki któremu na ekranie możemy podziwiać cudownie realistycznego Frankensteina. Świetne są też efekty specjalne, konieczne by oddać jego inność. Zachwyca też przemyślana kolorystyka. Ubrana na pomarańczowo Ida wkracza do biało czarnego świata Franka niczym barwny motyl, ale im dłużej z nim podróżuje tym bardziej się do niego upodabnia, a kolorową sukienkę przykrywa bolerkiem. To ciekawy symbol tego jak ‘mąż’ ją tłamsi.

Świetnie sprawdza się też interesująca, nieco niepokojąca muzyka Hildur Guðnadóttir, która perfekcyjnie pasuje do kontekstu. Choć w niektórych scenach może się wydawać nazbyt nowoczesna, wykorzystano do niej wyłącznie instrumenty istniejące już w tamtych czasach, choć nieznane wielu odbiorcom. To godna podziwu dbałość o detale.

Warto też zauważyć, że w filmie pojawiają się sceny inspirowane filmami muzycznymi z epoki, które przedstawiają najgłębsze pragnienia Franka. Podobnie musicalowa jest scena tańca tytułowej bohaterki, w której uzewnętrzniają się jej emocje. W obu przypadkach choreografia odzwierciedla konwencję co daje naprawdę ciekawy efekt.

Dlaczego więc wielce przemyślany i starannie wykonany film Maggie Gyllenhaal, o tematyce, z którą się przecież zgadzam, mnie nie oczarował? Po pierwsze przez udziwnienia. Toporne aktorstwo, dziwaczne wypowiedzi, nietypowy sposób poruszania: to wszystko składa się na film celowo przekombinowany, który wytraca wszelki wpływ emocjonalny jaki udaje mu się zbudować. Po drugie, chaos. Męczące sceny Mary, nieobliczalni bohaterowie, a nawet ruch kamery negatywnie wpływają na odbiór “Panny Młodej!”. I wreszcie po trzecie, nienaturalna narracja. Choć niektóre wątki zostają przeprowadzone bardzo sprawnie, inne rozwijają się zbyt wolno, by raptownie się zakończyć.

Część tych zarzutów da się wytłumaczyć ogólną formą przyjętą przez twórczynię. Maggie Gyllenhaal celuje w symbolizm i uniwersalność, nic więc dziwnego, że wiele rzeczy traktuje umownie. Ma do tego pełne prawo, choć trzeba się liczyć z tym, że przyjmując takie podejście straci część odbiorców. I choć “Panna młoda!” pozostaje filmem interesującym wizualnie, który ma wiele do przekazania i niewątpliwie oddaje uczucia wielu widzów, o wiele lepiej się o nim czyta niż go ogląda.

Podsumowując, mimo, że na papierze koncept “Panny młodej!” brzmi naprawdę dobrze, nadmiar wątków i ogólny chaos sprawiają, że film staje się naprawdę nużący. Nie pomaga przeszarżowana gra aktorska i poświęcenie tekstu źródłowego, by osiągnąć zaplanowany cel. Szkoda, bo projekt Maggie Gyllenhaal miał naprawdę spory potencjał.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych filmów i seriali znajdziesz tutaj.

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty