"Red, White & Royal Blue" Casey McQuiston


Eskapizm w uroczej postaci

Są takie chwile, kiedy potrzebujemy odpoczynku od nieprzyjemnej rzeczywistości, ucieczki do świata, który choć całkowicie nierealistyczny, pozwala choć przez chwilę zapomnieć o wszystkim co nas boli lub niepokoi. W takich sytuacjach idealnie sprawdzi się “Red, White & Royal Blue” Casey McQuiston. 

Alex, syn prezydentki USA, ma na pieńku z Henrym, wnukiem brytyjskiej królowej. Gdy ich wzajemna niechęć skutkuje zniszczeniem tortu weselnego za dziesiątki tysięcy funtów, zespoły PRowe obu krajów zgadzają się, że trzeba powziąć odpowiednie działania. Młodzi mężczyźni mają przekonać opinię publiczną o swojej bliskiej przyjaźni. Szybko jednak zaciera się linia między fałszem i prawdą, a Alex i Henry odkrywają, jak bardzo mylili się co do siebie nawzajem. 

Głównym bohaterem książki jest Alex Cairmont-Diaz, niezwykle inteligentny i bardzo ambitny syn prezydentki Stanów Zjednoczonych. Chłopak ma szczegółowy plan na życie i realizuje go z niesamowitym entuzjazmem. Z resztą do wszystkiego pochodzi z nieustającą pasją i skupieniem. Z kolei wrodzona charyzma pozwala mu nie tylko zjednywać sobie serca, ale i radzić sobie z większością przeciwności. 

Przy tym jest też chorobliwie wręcz naiwny, co wydaje się nieco dziwne u kogoś, który wychował się z parą polityków. Choć w świecie Casey McQuiston może nie powinno mnie to zaskakiwać. Sprawia też bardzo intensywne wrażenie, przez co trudno mu stworzyć długoletnie przyjaźnie. Jak na tak inteligentnego chłopaka jest też porażająco mało spostrzegawczy, szczególnie jeśli chodzi o własne uczucia. 

Książę Henry stanowi jego przeciwieństwo. Świetnie wykształcony, oczytany i niezwykle profesjonalny, przez większość czasu tkwi w okowach publicznej persony stworzonej przez zespół PRowy, swoją prawdziwą twarz pokazując tylko nielicznym członkom rodziny i współpracownikom. Depresja, żałoba po stracie ukochanego ojca i to podwójne życie z dnia na dzień coraz bardziej odbierają mu nadzieję, że kiedyś nadejdą lepsze czasy. Dopóki w jego życie nie wkracza Alex. 

Kluczowym elementem książki jest niewątpliwie ich relacja. Na bazie kilku pierwszych stron można śmiało założyć, że mamy przed sobą typowy schemat enemies to lovers (ang. wrogowie zmieniający się w kochanków). A jednak książka bardzo szybko ucina wątek wrogości między chłopakami, zamieniając go na uroczą historię o tym jak się poznają, rozmawiając najpierw o błahostkach, a potem o coraz poważniejszych sprawach i powoli się w sobie zakochują.  

Panowie idealnie się uzupełniają. Spontaniczny, biorący na siebie stanowczo zbyt wiele Alex idealnie wyważa zamkniętego w sobie, zakochanego w literaturze klastycznej Henry’ego. Tak powstaje para, która nie jest może idealna, ale potrafi przewidzieć swoje potrzeby i wesprzeć się w ujmujący sposób. Naprawdę łatwo ich pokochać i zacząć im kibicować. 

Warto też jednak wspomnieć o dość realistycznej relacji Alexa i June. Rodzeństwo raz po raz sobie dogryza, a mimo to ani przez chwilę nie wątpimy w łączącą ich więź. June niczym stereotypowa starsza siostra martwi się o brata i zawsze wie, jak mu pomóc. Alex jak to młodszy brat, nie do końca zdaje sobie sprawę z problemów June, ale nie waha się jej wesprzeć. 

Równie ciepło przedstawiono relację Alexa i Nory, która jest kwintesencją tego o czym my kobiety marzymy mówiąc chłopakowi “Zostańmy przyjaciółmi”. Ich wzajemne zrozumienie, identyczne poczucia humoru i umiejętność mówienia sobie prawdy prosto w oczy stanowią podwaliny godnej pozazdroszczenia przyjaźni. 

W posłowiu “Red, White & Royal Blue” autorka zdradza, że napisała książkę jako próbę poradzenia sobie z nieprzyjemną rzeczywistością. Wydarzenia mają miejsce w alternatywnym świecie, w którym demokratka z Teksasu została prezydentką Stanów Zjednoczonych i teraz wiedzie Amerykę ku lepszej przyszłości. To cudowne miejsce, gdzie politycy chcą dobra swojego kraju, walcząca o reelekcję prezydentka stawia za priorytet dobro swoich dzieci, a bogacze odczuwają konsekwencje swoich czynów. 

Co ciekawsze, wiele konfliktów szybko i sprawnie rozwiązuje komunikacja międzyludzka. Niby błahostka, a jednak to właśnie jej brak powoduje masę problemów w wielu tekstach kultury, szczególnie tych skupionych na relacjach międzyludzkich. Ile komedii romantycznych bazuje głównie na tym, że bohaterowie ze sobą nie rozmawiają? Cóż, nie ta. 

Nic dziwnego, że w tak wspaniałym uniwersum wszystkie poważne problemy rozwiązują się w try mi ga, a błahostki wyrastają do gigantycznych wręcz rozmiarów. I tak dwa relacje między dwoma poważnymi krajami ulegają pogorszeniu, bo dwóch młodych ludzi pokłóciło się na weselu, a naprawić je może tylko gigantyczna akcja PRowa.  

To powiedziawszy, ten lekki romans porusza wiele bardzo poważnych tematów, takich jak samotność, depresja, przytłaczający ciężar odpowiedzialności czy samoakceptacja. Czytamy o tym jak bohaterowie zmagają się nie tylko z przeciwnościami zewnętrznymi jak homofobia czy rozgrywki polityczne, ale i wewnętrznymi, jak problemy psychiczne. Wreszcie, patrzymy, jak dorastają, nabierają samoświadomości i kształtują na nowo swoje marzenia i pozwalają sobie na szczęście. 

Niestety, największą wadą książki jest fatalny polski przekład Emilii Skowrońskiej. Nie będę się rozwodzić nad tym kto tu zawinił, czy tłumaczka, czy redaktor, czy może wydawnictwo, które naciskało na pośpiech. Dość, że powieść po prostu źle się czyta.  

Denerwuje brak spójności, szczególnie w kwestii imion, które raz są tłumaczone, raz zostawione po angielsku. Dostaliśmy więc Królową Marię, Księżniczkę Katarzynę czy Księcia Filipa, ale też Księżniczkę Beatrice i Księcia Henry’ego. Całkiem jakby ktoś uznał, że romans angielsko brzmiącego Alexandra ze swojskim Henrykiem nie miał się sprawdzić, a z jakiegoś powodu nie chciała wprowadzać do narracji Królowej Mary.  

Najbardziej jednak rzucają się w oczy nienaturalne sformułowania, w tym kalki z angielskiego. Czasem brakuje też znaków przystankowych, jak chociażby myślników oddzielających dialogi od narracji. Efekt jest niezamierzenie śmieszny, ale niestety wielokrotnie wypacza zarówno sam tekst, jak i relacje między postaciami. 

Na dodatek Skowrońska do tego stopnia nie radzi sobie z tłumaczeniem żartów, że tylko znajomość angielskiego pozwoliła mi zrozumieć niektóre humorystyczne sceny i to po głębszym zastanowieniu. Do tego dochodzi jeszcze problem nieprzetłumaczonego tytułu, ale w porównaniu z całą resztą błędów, to już naprawdę detal. 

Z tego powodu bardzo ciężko jest ocenić styl w jakim książę napisano. Można jednak śmiało stwierdzić, że Casey McQuiston pisze lekko i przyjemnie, przeplatając klasyczną narrację fragmentami wiadomości czy maili. W “Red, White & Royal Blue” znajdziemy liczne nawiązania do popkultury czy wyrażenia slangowe. Pojawią się też sceny erotyczne, które niewątpliwe okażą się zbyt obrazowe dla jednego czytelnika, a jednocześnie za mało wyraziste dla innego. 

Podsumowując, “Red, White & Royal Blue” to bardzo lekka i niezwykle przyjemna książka, którą czyta się w ekspresowym tempie. Pokazuje piękny świat, gdzie zagrożenia znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, a miłość dwóch chłopaków rozczula całe społeczeństwo. To eskapizm w czystej postaci, do którego z pewnością będę wracać. Choć z pewnością nie po polsku. 

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

 oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych książek i komiksów znajdziesz tutaj.

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie

 może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty