“Hadestown” Lyric Theatre

“Hadestown” Lyric Theatre

Muzyka, słowa i libretto: Anaïs Mitchell

Reżyseria: Rachel Chavkin

Choreografia: David Neumann

Scenografia: Rachel Hauck

Kostiumy: Michael Krass

Dramaturgia: Ken Cerniglia

Fryzury: Jennifer Mullins

Występują: Desmonda Cathabel, Chris Jarman, Cedric Neal, Dylan Wood, Victoria Hamilton Barritt, Melanie Bright, Allie Daniel, Lauran Rae, Femi Akinfolarin, Michelle Andrews, Ollie Bingham, Laura Delany, Sebastian Lim-Seet, Lucinda Buckley, Juan Jackson, Oisín Nolan-Power, Lindo Shinda, Jasmine Triadi

Tekst pisany na podstawie spektaklu z 13 września 2025

oOo

Po śmierci wszyscy zostajemy hutnikami

Długo czekałam na szansę zobaczenia “Hadestown” na żywo, słuchając samych dobrych opinii i ucząc się na pamięć niesamowitego broadwayowskiego soundtracku. A jak wiadomo im więcej peanów się słyszy, tym bardziej rosną oczekiwania, aż dojdą do takiego poziomu, że ciężko im dorównać.

Orfeusz (Dylan Wood) utalentowany muzyk zakochuje się w Eurydyce (Desmonda Cathabel). Ich sielankę niszczy jednak boska interwencja: Hades (Juan Jackson) przybywa na powierzchnię, po swoją żonę Persefonę (Victoria Hamilton Barritt), sprowadzając na ziemię chłód. Orfeusz nie zauważa tego, pochłonięty dziełem swojego życia, ale Eurydyka ulega pokusie i schodzi do podziemi skuszona obietnicą ciepła i bezpieczeństwa. Orfeuszowi nie pozostaje nic innego jak ruszyć za nią.

Dylan Wood to uroczo nieżyciowy Orfeusz. Pięknie odgrywa szczenięcą miłość do Eurydyki, by zaraz zamknąć się w swoim własnym świecie. Następnie z determinacją rusza za nią do Hadesu i wtedy naprawdę lśni jego upór i stanowczość. Szczególnie dobrze wypada scena ich ponownego spotkania, gdy rzucają się na siebie z szaleńczą radością. Niestety, głosowo Wood nie potrafi dorównać innym odtwórcom tej roli.

Olśniewa za to Desmonda Cathabel w roli Eurydyki, zamkniętej w sobie realistki. W interpretacji Cathabel to prawdziwa dziewczyna z bajglem, ostra i pewna siebie, choć w głębi serca bardzo potrzebująca miłości. Aktorka świetnie oddaje to jak w jej postaci najpierw powoli rodzi się nadzieja na lepszą przyszłość, potem raptownie znika, stłamszona przez Hadesa, by w jednej chwili powrócić na widok Orfeusza.

Zachwyca Cedric Neal jako Hermes, narrator opowieści i mentor Orfeusza. To prawdziwy showman, który czaruje widownię od pierwszego zdania, wielokrotnie łamiąc czwartą ścianę. Jest też bardzo zabawny, jednocześnie bardzo dobrze pełniąc swoją rolę w strukturze musicalu.

Juan Jackson bardzo dobrze radzi sobie z rolą Hadesa, władcy podziemi. Jest odpowiednio zimny i władczy, a jego “Hello Little Songbird” naprawdę niepokoi. Tym ciekawiej patrzy się na zmianę jego zachowania pod koniec spektaklu, gdy pozwala widzom ujrzeć łagodniejszą stronę swojej postaci. Niestety, ma problem z modulacją głosu, przez co ze sceny na scenę potrafi brzmieć zupełnie inaczej. Rozumiem, że może być trudno utrzymać kojarzoną z tą postacią barwę. Wolałabym jednak by pozostał przy swoim własnym głosie unikając słyszalnego zróżnicowania.

Victoria Hamilton Barritt jako Persefona, bogini wiosny i żona Hadesa, jest żywiołowa i niezwykle czarująca. Brawurowo odgrywa też osobę pod wpływem środków odurzających, zachowując przy tym wokalną perfekcję.

Z kolei Melanie Bright, Lauran Rae i Lindo Delany są odpowiednio niepokojącymi Moirami, istotami nadnaturalnymi, które na każdym kroku utrudniają Eurydyce życie. Zachwycają też wokalnie.

Choć nie wskazuje na to estetyka, fabuła spektaklu bazuje na micie o Orfeuszu i Eurydyce, opowieści o poecie, który udał się do krainy umarłych w poszukiwaniu swojej ukochanej, tragicznie zmarłej żony. Na miejscu jego pieśń tak wzruszyła króla podziemi, że ten zgodził się wypuścić kobietę, jeśli tylko Orfeusz wyprowadzając ją na powierzchnię nie obejrzy się za siebie.

Historię tę poddano pewnym zmianom, dodając dodatkowe warstwy fabularne i stawiając nacisk na wybory podejmowane przez postaci. Wszystko jest wynikiem mniej lub bardziej świadomej decyzji, przez co libretto stało się o wiele bardziej realistyczne, a jednocześnie bolesne. Pojawiają się też motywy trudnych relacji między małżonkami, braku komunikacji czy zaufania. Wszystko to prowadzi do zakończenia, które zaskakuje nawet jeśli zna się oryginał.

Zarówno za libretto jak i za piosenki odpowiedzialna jest jedna osoba: Anaïs Mitchell, dzięki czemu “Hadestown” jest tak spójne. Inteligentnym, poruszającym tekstom towarzyszy przepiękna muzyka, która pozostaje z widzem na długo. Znajdziemy tu zarówno romantyczne ballady, wywołujące ciarki songi antagonisty czy rytmiczne piosenki do pracy, które składają się na jeden z najlepszych musicalowych soundtracków ostatnich lat. Jedynie utwór Orfeusza, choć z pewnością ładny, nie robi aż takiego wrażenia jak sugeruje libretto.

Wydawać by się mogło, że ta epicka opowieść wymagać będzie znacznie większej sceny. Nic bardziej mylnego, Lyric Theatre jest zaskakująco niewielki, choć dzięki scenografii Rachel Hauck na czas trwania spektaklu skutecznie zmienia się w zupełnie inny świat. Bardzo pomaga tu fenomenalnie wykorzystana obrotowa scena, która powiększa dostępną przestrzeń pomagając pokazać podróż Orfeusza do Hadesu w złudnie prosty sposób. Zdecydowano się też na zaskakujące i niesamowicie efektowne rozwiązanie odróżniające krainy ludzi i bogów.

Na pierwszy rzut oka scenografia wydaje się statyczna. Z tyłu widzimy stylizowane budynki, górujące nad niżej położoną przednią częścią sceny, gdzie znajduje się pusta przestrzeń. Wystarczy jednak kilka stołów, by stworzyć na niej zupełnie inną lokalizację, jak chociażby restaurację, w której po raz pierwszy spotykają się bohaterowie. Integralną częścią spektaklu są grający w nim muzycy, zajmujący miejsca tuż obok aktorów. Z kolei beżowo brązowa kolorystyka tworzy ponurą, przyziemną atmosferę, która idealnie wpisuje się w konwencję spektaklu.

Podobne barwy przewijają się w stylizowanych na czasy amerykańskiego Wielkiego Kryzysu kostiumach Michala Krassa. O ile postaci napotkane w pierwszym akcie charakteryzują się indywidualizmem, po zejściu do Hadesu króluje unifikacja. Pracownicy noszą identyczne robocze stroje przywodzące na myśl hutników, a moment, gdy Eurydyka do nich dołącza zostaje podkreślony zmianą kostiumu.

Odróżniają się od nich elegancko ubrani bogowie: Hermes w srebrnym, połyskliwym trzyczęściowym garniturze, Hades w czarnym garniturze w paski czy ubrana w misternie drapowane sukienki Persefona. Ta ostatnia ma dwie wersje: zieloną, w której chodzi po ziemi i czarną na powroty do krainy swojego męża, co stanowi piękne odwołanie do mitologii.

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami znajduje się Orfeusz, człowiek o boskim pochodzeniu. Choć ubrany na ludzką modłę i pasujący kolorystycznie do swoich współplemieńców, przyciąga wzrok czerwoną apaszką.

David Neumann stworzył choreografię, która łączy w sobie pomysłowość i skupienie na rytmie. Kreatywnie wykorzystuje rekwizyty i elementy scenografii, szczególnie lampy górnicze czy stoły, które pomagają pokazać działanie sił natury. Mimo niewielkiej ilości aktorów i tancerzy, efekt pracy Neumanna prezentuje się widowiskowo, szczególnie gdy prym wiodą artyści wcielający się w pracowników Hadesa. Ich układy naśladują miarową pracę w fabryce, czym idealnie wpisują się w konwencję. Zachwyca też perfekcyjne zgranie aktorów ze sceną obrotową, co pozwala osiągnąć najlepszy możliwy efekt.

“Hadestown” to niesamowicie dobrze przemyślany spektakl, w którym wszystkie elementy perfekcyjnie do siebie pasują. Świetnie wykorzystuje zdawać by się mogło proste rozwiązania, by osiągnąć jak najlepszy efekt, olśniewając przepiękną muzyką i historią, która porusza od tysięcy lat, a która została fenomenalnie zaadaptowana do czasów obecnych. A jednak z jakiegoś powodu spodziewałam się po nim czegoś więcej.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna. 

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych spektakli znajdziesz tutaj

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty