"Lazarus" Teatr Capitol


“Lazarus” Teatr Capitol 

Spektakl zainspirowany powieścią ‘THE MAN WHO FELL TO EARTH’ Waltera Tevisa  

Premiera: 26 września 2020 

Piosenki: David Bowie 

Libretto: Enda Walsh 

Oryginalne orkiestracje i aranżacje: Henry Hey  

Reżyseria: Jan Klata 

Scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Mirek Kaczmarek 

Projekcje: Natan Berkowicz 

Ruch sceniczny: Maćko Prusak 

Charakteryzacja: Magdalena Chabrowska-Oleksiak, Agnieszka Jasiniecka, Ewa Soszyńska, Justyna Pokojewska 

Tłumaczenie: Michał Juzoń 

Tłumaczenia tekstów piosenek: Konrad Imiela i Michał Juzoń 

Występują: Marcin Czarnik, Justyna Antoniak, Klaudia Waszak, Ewa Szlempo-Kruszyńska, Alicja Kalinowska, Magdalena Szczerbowska, Agnieszka Oryńska-Lesicka, Justyna Woźniak, Adrian Kąca, Rafał Kozok, Artur Caturian, Albert Pyśk, Cezary Studniak i Konrad Imiela 

Tekst pisany na podstawie spektaklu z 21 lutego 2026. 

oOo

Muzyczna podróż do gwiazd

Niewiele teatrów podejmuje się wyzwania jakim jest “Lazarus”, musical Davida Bowiego i Edny Walsh, bazujący na powieści Waltera Tavisa i jej kultowej ekranizacji. Ale wrocławski Capitol, ze swoją nowoczesną infrastrukturą wydaje się perfekcyjnym miejscem na realizację tego spektaklu. 

Thomas Jerome Newton (Marcin Czarnik) lata temu przybył na Ziemię z innej planety. Jednak jego wyprawa skończyła się niepowodzeniem i bolesnymi eksperymentami, w wyniku których całkiem utracił nadzieję na powrót do domu. Aż do dnia, gdy na jego drodze staje tajemnicza Dziewczynka (Klaudia Waszak). 

Jestem zachwycona kreacją Marcina Czarnika, który uczynił z Newtona bohatera niezwykle ludzkiego w swej samotności i gniewie na cały świat. Niestety, przez większość spektaklu jego twarz zasłania opaska, lecz gdy ją zdejmuje, daje prawdziwy popis umiejętności aktorskich. Ogromne wrażenie robi też to jak brawurowo radzi sobie z piosenkami Bowiego, sprawiając, że wszystkie utwory poruszają do głębi. 

W niektórych scenach Dziewczynka Klaudii Waszak ma w sobie coś robotycznego, co widać w jej ruchach i słychać w mowie. W innych zachowuje się jednak jak zwykłe dziecko, co tylko utrudnia rozwikłanie otaczającej tę postać tajemnicy. 

Choć ciężko pojąć motywację granego przez Cezarego Studniaka Velentina, ten pozostaje uosobieniem chaosu. Diaboliczny i nieustająco niepokojący, bardzo dobrze radzi sobie z jakże trudnym materiałem wokalnym. 

Ewa Szlempo-Kruszyńska jako Elly na przestrzeni spektaklu przechodzi przemianę z perfekcyjnie poukładanej asystentki Newtona do istoty uwolnionej od wszelkich konwenansów. I choć tekst źródłowy każe jej zmienić się w mgnieniu oka, nie tłumacząc dlaczego, aktorka nieźle radzi sobie z obiema stronami swojej postaci. 

Projekcje wykorzystane w “Lazarusie” są dowodem na to, że nowoczesne technologie mają swoje miejsce w teatrze. Natan Berkowicz stworzył wizualną ucztę, nawiązującą do ściany telewizorów, które ogląda Newton. Z kolei raptowne, chaotyczne zmiany wyświetlanych obrazów sprawnie oddają czynność skakania po kanałach, a abstrakcyjne projekcie nadają dodatkowe znaczenie piosenkom, którym towarzyszą. 

Przyznam, że niewiele jest teatrów o możliwościach technicznych, które lepiej pasowałyby do tego tytułu. A “Lazarus” i w pełni wykorzystuje potencjał Teatru Capitol. Dzielona na ruchome platformy scena pozwala nie tylko sprawnie zmieniać scenografię (spod ziemi wyłaniają się całe pokoje, zajmując miejsce lokalizacji, które znikają pod podłogą), ale i wynosić aktorów wiele metrów nad poziom widowni. W ten sposób przybliża ich do kosmosu, za którym tak tęskni Newton.  

Tworząc scenografię Mirek Kaczmarek postawił na biel, na tle której tym lepiej prezentują się wspomniane już wcześniej projekcje. Wnętrzami jasno określił zarówno czas akcji, jak i pozycje społeczne ich właścicieli. Najlepiej scenografia sprawdza się jednak, gdy znikają meble i na scenie pozostają tylko nierównych bryły kojarzące się z powierzchnią obcej, opustoszałej planety. Gdy Newton siedzi pośród tej bieli, w pełni odczuwamy jego samotność i wyobcowanie. 

Kolorowe kostiumy Mirka Kaczmarka ostro odcinają się od białego tła, jednocześnie dobrze wpisując się ogólną stylistykę spektaklu. Futurystyczny krój i skrzące się brokatem tkaniny noszone przez część bohaterów przywodzą na myśl stare filmy science fiction i to jak w nich wyobrażono sobie pozaziemskie społeczeństwa. W “Lazarusie” odnajdziemy też inspiracje scenicznymi kreacjami Davida Bowie. Na przeciwwadze pojawią się też stroje nawiązujące do lat 70tych. 

W ruchu scenicznym Maćka Prusaka czuje się głęboką celowość. Większość postaci porusza się wyłącznie po linii prostej, dzięki czemu tym bardziej odróżniają się od nich Valentine, Mary Lu czy sam Newton. Główny bohater jest najbardziej ekspresyjny, oddając ruchem to czego nie może pokazać mimiką. 

Libretto stanowi największy problem “Lazarusa”. Historia samotnej pozaziemskiej istoty, która utknęła na ziemi sprawdziłaby się znacznie lepiej, gdyby nie była tak chaotyczna i lepiej nakreślała swoje postaci. Trzeba jednak przyznać, że utrzymano ją w podobnym stylu, co osławiony film “Człowiek, który spadł na ziemię”, którego spektakl jest kontynuacją. Zadbano też o telegraficzny skrót wydarzeń, by umożliwić świadomy odbiór laikom.  

“Lazarus” jest jednakże tak zagmatwany, że znajomość “Człowieka” niewiele tu pomaga. Co gorsza, im bardziej zastanawiam się nad przedstawioną na scenie historią, tym więcej dziur fabularnych rzuca mi się w oczy, a piosenki Bowiego, choć wspaniałe, nie zawsze pasują do sytuacji. 

A jednak spektakl niesie ze sobą trudne do opisania emocje. Częściowo odpowiada za to muzyka Bowiego, która od lat skłania do przemyśleń, a w wykonaniu orkiestry Teatru Capitol brzmi naprawdę imponująco. Szczególnie poruszająca jest finałowa scena, kameralna, a jednocześnie tak pełna emocji, że te wyszły ze mną poza audytorium. Takie pozwolenie spektaklowi na spokojne wyciszenie pasuje do tego musicalu znacznie lepiej niż widowiskowy numer. 

“Lazarus” jest dość nietypowym przypadkiem na polskiej scenie musicalowej, piosenki pozostawiono bowiem w oryginale, wspomagając się polskimi napisami wyświetlanymi nad sceną. Zabieg ten ma zarówno plusy, jak i minusy. Fani piosenek Davida Bowie mogą posłuchać swoich ukochanych utworów w niezmienionej formie, a ci, którzy potrzebują tłumaczenia, mogą je po prostu przeczytać. Problem polega na tym, że konieczność patrzenia na napisy utrudnia oglądanie tego co dzieje się na scenie. Co ciekawe, w scenach mówionych, na ekranie pojawiają się z kolei angielskie napisy. 

Samo tłumaczenie jest bardzo naturalne. Dialogi brzmią realistycznie i słucha się ich naprawdę dobrze. Przekład napisów sprawnie spełnia swoje zadanie, choć podczas spektaklu, który widziałam nie uniknięto problemów technicznych, w wyniku których kilka linijek przemknęło przez ekran w mgnieniu oka, a ostatnia z nich pozostała widoczna przez dłuższy czas, choć aktorzy wciąż rozmawiali. 

“Lazarus” cierpi na wiele problemów już na poziomie libretta. Nadrabia za to kreatywną, nowoczesną realizacją i niesamowitym wykonaniem, szczególnie w kwestii wokalu. A jego ostatnia scena sprawiła, że zapomniałam o wszystkich krytycznych uwagach i wyszłam z teatru niezmiernie poruszona. 

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych spektakli znajdziesz tutaj

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty