“Siódme życzenie” Marcin Mortka
Średni koniec świetnej serii
Po czterech latach od premiery “Nie ma tego Złego” Saga o Kociołku dobiega końca. Kucharz i karczmarz, który w wolnych chwilach zajmuje się też wojaczką wreszcie będzie mógł odwiesić miecz na kołku i zająć się tym co robi najlepiej. Pytanie tylko jak do tego dojdzie.
Armia Złego została rozbita, jednak król Rodryk Odnaleziony nie zamierza osiadać na laurach. Wysyła więc Edmunda zwanego Kociołkiem razem z jego Drużyną do zadań specjalnych do pewnej biblioteki, gdzie szukać mają sposobu na ostateczne rozprawienie się z przeciwnikiem. Z kolej żona Edmunda, Sara wybiera się na własną wyprawę u boku tajemniczej niewidzialnej kobiety.
Kociołek spędza większość tego tomu bardzo po ludzku rozdarty. Z jednej strony chciałby otrzymać zaproszenie na spotkanie z królem, z drugiej przez całą wyprawę raz po raz powraca myślami do domu i żałuje, że z niego wyjechał. Zachowuje przy tym swoją niesamowitą kreatywność, rozpaczliwą odwagę i troskę o przyjaciół. Widać jednak, że wydarzenia z całej serii coraz bardziej mu ciążą.
Z kolei Sara ponownie wychodzi ze swojej strefy komfortu i tym razem występuje w roli wojowniczki, a nie matki czy karczmarki. Mimo to jej troskliwe usposobienie nie daje o sobie zapomnieć, matkuje Lubie, pozostaje empatycznym sercem zespołu i przejmuje dowodzenie, jeśli zachodzi taka potrzeba. Na szczęście autor nie robi z niej alfy i omegi, Sara nie potrafi walczyć, jej mocne strony kryją się gdzie indziej.
“Siódme życzenie” pochyla się nad przeszłością i motywacjami Eliaha, który wreszcie okazuje tu emocje i to naprawdę widowiskowo. Niestety, wszystkie informacje uzyskujemy z drugiej ręki, a przecież o wiele ciekawiej byłoby dowiedzieć się co elf tak naprawdę myśli.
Jeśli chodzi o postaci poboczne, szczególnie ciekawa wydaje mi się para królewska. Król Roderyk pojawił się już wcześniej w serii o Kociołku, choć dopiero pod koniec poprzedniego tomu stało się jasne, że to on jest dawno zaginionym władcą Doliny. Mortka napisał go jako władcę idealnego, który chce jak najlepiej dla swojego kraju i dzieci. A jednocześnie jako człowieka, który lubi się napić, pobawić czy spędzić czas z żoną.
Z kolei królowa Elisandra to wyrachowana strategiczka, która przedkłada dobro królestwa ponad dobro jednostki. Jest też przy tym inteligentna i potrafi uczyć się na błędach i co ważniejsze, przyznawać, że się myliła.
Marcin Mortka utrzymuje typowy dla siebie lekki, przyjemny styl pisania, dzięki czemu książkę wspaniale się czyta. To idealna pozycja na długie jesienne wieczory, akcja toczy się wartko, a kolejne wydarzenia umiejętnie przepleciono humorem.
Problem polega na tym, że saga o Kociołku przeszła długą drogę od lekkiej powieści przygodowej jaką było “Nie ma tego Złego”. Z każdym kolejnym tomem nabierała coraz poważniejszego tonu, rosła też skala wydarzeń i odpowiedzialności. Kociołek przeistoczył się ze zwykłego kucharza w doradcę i przyjaciela samego króla. Styl, który perfekcyjnie pasował do pierwszego tomu, nie sprawdza się już w “Siódmym życzeniu”, szczególnie w scenach, które mają być doniosłe czy dramatyczne. Za to sceny walki pozostają cudownie dynamiczne i barwne.
To powiedziawszy, autor sprawnie wybiera, kiedy zmienić punkt widzenia. Za każdym razem przeskakuje między narracją Edmunda i Sary w najlepszym momencie: zanim zdążymy się znudzić i akurat w tym momencie, gdy zaczynamy się zastanawiać co się dzieje u reszty bohaterów. Świetnie radzi też sobie z głosami obojga małżonków. Szkoda tylko, że w pewnym momencie znikąd pojawia się narracja Salii, by zniknąć po jednym krótkim fragmencie.
W książce nie brakuje akcji. Edmund niby tylko jedzie do biblioteki, ale po drodze nieopatrznie pakuje się w coraz to nowe kłopoty i koniec końców musi uczestniczyć w zdobywaniu zbrojnej twierdzy. Z kolei Sara podróżuje z zespołem niesamowicie kompetentnych kobiet i stara się przywrócić spokój w Dolinie. W “Siódmym życzeniu” cały czas coś się dzieje, a jeden wątek jest ciekawszy od drugiego.
Dużą zaletą pozostają relacje między członkami drużyny Kociołka. Mimo docinków jakimi wymieniają się bohaterowie czytelnik ani przez chwilę nie wątpi w ich wzajemny szacunek i troskę o siebie nawzajem.
Co ja co, ale na humor w książkach Marcina Mortki zawsze można było liczyć. Tym bardziej nie mogłam uwierzyć w to, że czytam jak pijany bohater na spółkę z królem Roderykiem udają się na stronę, wygrażają smokom, śmieją się z niczego i rozkręcają mocno zakrapianą imprezę. Podejrzewam, że miał to być element komiczny, ale niestety cała scena niewiele do książki wnosi.
Na szczęście autor nadrabia przekomarzaniami drużyny, złośliwościami królowej Elisandry i humorem sytuacyjnym. Moim ulubionym elementem komicznym, który przewija się przez całą powieść są wzmianki o tym jak to Kociołek pojechał tylko do biblioteki zestawione z jego przygodami. Bawi też scena, gdy król Roderyk obsztorcowuje swoich dworzan.
Kiedyś sporą zaletą serii o Kociołku była jej prozaiczność i realny sznyt nadawany baśniowym postaciom. Bohaterowie nie szanowali swoich książąt, a ci przedstawiani byli jako zwykli ludzie, pełni wad i trosk. Tymczasem w najnowszym tomie Marcin Mortka próbuje naprawiać wszystkie problemy Doliny poprzez posadzenie na tronie nowej głowy państwa, podczas gdy wdzięczny lud wiwatuje na ulicach. Ci sami ludzie w pierwszej części raczej wywróciliby oczami, a nie uwierzyli, że cokolwiek może się zmienić. Szczególnie, że logika przyświecająca wyborowi osoby zasiadającej na tronie wydaje mi się dość chwiejna.
Ponad to niektóre wątki aż proszą się o lepsze rozłożenie w czasie. Autor budzi niepokój czytelnika o los postaci, by uśmierzyć go w następnym zdaniu. Taki zabieg działałby w serialu, gdzie między jednym zdaniem a drugim otrzymalibyśmy tygodniową przerwę, nie sprawdza się jednak, gdy wystarczy przerzucić jedną stronę, by poznać dalszy ciąg. Pojawiają się też sceny przedwcześnie urwane, przez co znika cały ich emocjonalny wydźwięk. To nie jedyne przejawy złego rozłożenia wydarzeń na przestrzeni książki. Przez większą część powieści fabuła rozwija się miarowo, by w ostatnim momencie niesamowicie przyśpieszyć.
I to denerwuje najbardziej. I o ile nie miałabym nic przeciwko wartkiej akcji, denerwują mnie urwane wątki, postaci raptownie skaczące z jednego miejsca w drugie i wysnute nie wiadomo skąd wnioski. Co gorsza, również główny antagonista pojawia się znikąd pod sam koniec książki, choć przecież należałoby powoli wprowadzać go (lub chociaż sugerować jego obecność) na przestrzeni poprzednich tomów.
Dodatkowo, finałowa walka między siłami zła i dobra odbywa się poza narracją, przez co czytelnik nie może się nią cieszyć. I ponownie, gdyby "Siódme życzenie” tak jak pierwsze tomy serii opowiadało kameralną historię, nie stanowiłoby to problemu. Autor aspiruje jednak do czegoś innego. Brakuje mi też listów pomiędzy małżonkami, które dodawały serii kolorytu, ale to już detal.
To powiedziawszy, audiobook ponownie staje na wysokości zadania. Głos Filipa Kosiora jest wręcz stworzony do czytania powieści o walkach na miecze, legendarnych stworach i bohaterskich czynach. Ponownie zachwyca umiejętnością nadania każdej postaci indywidualnej barwy głosu. Niesamowicie oddaje także odczuwane przez bohaterów emocje.
Niestety “Siódme życzenie”, choć świetnie sprawdza się jako komediowa książka przygodowa, jest średnim zakończeniem sagi, głównie przez zbytnie przyśpieszenie wątków pod sam koniec i zastosowanie mechaniki deus ex machina. A szkoda, bo potencjał był ogromny.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
oOo
Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych książek i komiksów znajdziesz tutaj.
Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.
A może masz ochotę postawić mi kawę?







Komentarze
Prześlij komentarz