“Avatar: Istota Wody” James Cameron

“Avatar: Istota Wody” James Cameron

Tytuł oryginału: Avatar: In the Way of Water

Reżyseria, James Cameron

Scenariusz, James Cameron, Josh Friedman, Amanda Silver, Rick Jaffa, Shane Salerno

Muzyka: Simon Franglen

Efekty specjalne: Weta Digital

Zdjęcia: Russell Carpenter

Montaż: Stephen Rivkin, David Brenner, John Refoua, James Cameron

Występują: Sam Worthington, Zoe Saldaña, Sigourney Weaver, Stephen Lang, Cliff Curtis, Joel David Moore, CCH Pounder, Edie Falco, Jemaine Clement, Giovanni Ribisi, Kate Winslet i inni

oOo

Czytała Krystyna Czubówna

Fani “Avatara” czekali na obiecaną kontynuację trzynaście lat. Premierę sequelu opóźniły przedłużające się prace nad scenariuszem, a potem pandemia, jednak w 2022 roku “Avatar: Istota Wody” w końcu trafił do kin i natychmiast je zawojował.

Minęło szesnaście lat od odejścia najeźdźców. W międzyczasie Jake Sully (Sam Worthington) i Neytiri (Zoe Saldaña) doczekali się licznego potomstwa. Niestety na Pandorę powrócili ludzie, zakłócając spokój rodziny i zmuszając ją do poszukiwania schronienia u innego plemienia na’vi.

Głównym bohaterem filmu jest Jake Sully, człowiek i były żołnierz, który zwrócił się przeciwko swoim, by stanąć po stronie najechanego przez nich ludu Na’vi. Film w dość ciekawy sposób pokazuje, że mimo minionych lat Jake nie zostawił przeszłości za sobą. Jako jedyny członek plemienia używa broni palnej, co upodabnia go do ludzi. Grający go Sam Worthington przez większość filmu pozostaje stanowczy, poważny i smutny na przemian.

W lepszym filmie jego rozterki związane z koniecznością słuchania czyiś rozkazów po latach dowodzenia z pewnością stałyby się ważnym wątkiem, który powiedziałby nam wiele o samej postaci, jak i ludzkiej naturze. Niestety, “Istota wody” nie jest takim filmem i woli skupić się na tym jak złym ojcem jest protagonista i jak wciąż dąży do przeforsowania swojej opinii, choć sam podkreśla konieczność przystosowania się do nowych warunków.

Grana przez Zoe Saldañę Neytiri pozostaje potężną wojowniczką i przywódczynią religijną swojego ludu. Tym trudniej jej porzucić lasy Pandory, by schronić się z mężem i dziećmi nad wodą. Film podkreśla jej nienawiść do rasy ludzkiej, która nie ogranicza się do tych, którzy skrzywdzili ją i jej lud, ale i do niewinnych dzieci. Z jednej strony to bardzo realistyczne podejście do tego archetypu postaci. Z drugiej, sposób w jaki traktuje Pająka, chłopca, które jej dzieci uważają za brata, może irytować.

Pierwszą oznaką lenistwa tego filmu jest jego antagonista. Quaritch powraca zza grobu, by zemścić się na Jake’u i jego rodzinie i tym razem on również przybiera formę avatara. Jego motywacja jest jasna, charakterystyka całkowicie płaska i tylko relacja z Pająkiem ma jakikolwiek potencjał. I choć Stephen Lang stara się, by jego postać miała jak najwięcej niansów, przy tym scenariuszu niewiele może zrobić.

Problem z licznym potomstwem Jake’a i Neytiri polega na tym, że dzieci jest po prostu za dużo. Nawet w tak długim filmie nie da się poświęcić odpowiedniej ilości czasu takiej ilości nowych postaci, przeciw którym na dodatek świadczy wiek. Dostajemy więc pięcioro bohaterów, z których każdy ma tylko jedną cechę charakteru i pojawia się w zaledwie kilku scenach. Co gorsza, większość z nich wpisuje się w archetypy irytujących nastolatków.

Tu niewielki plus, młodzi aktorzy naprawdę dobrze radzą sobie w swoich rolach, choć nigdy nie zrozumiem czemu scenarzyści zdecydowali się wpisać w ich dialogi nagromadzenie słowa ‘bro’ (ang. brachu). Nie zrozumcie mnie źle, gdyby to wyrażenie pojawiło się kilkukrotnie pewnie uznałabym je za ciekawy sposób na pokazanie dwujęzyczności Sullych. Postaci używają go jednak bez przerwy, co szybko przestaje bawić, a zaczyna męczyć.

Popełniono jednak jeden rażący błąd powierzając rolę Kiri Sigourney Weaver. I o ile rozumiem czemu nastolatka ma twarz Weaver, która w pierwszej części wcielała się w jej matkę, Grace, głos ponad siedemdziesięcioletniej aktorki wydobywający się z ust młodziutkiej bohaterki raz po raz wybija widza z rytmu.

Postać Pająka byłaby może interesująca, gdyby zachowywała się w racjonalny sposób. Chłopak jest człowiekiem wychowanym przez pozostałych na Pandorze naukowców, woli jednak spędzać czas z na’vi, co wpływa na jego zachowanie i mowę. Grający go Jack Champion perfekcyjnie odwzorowuje ich sposób poruszania się i manieryzmy. Niestety, znając jego historię, nie sposób pojąć, dlaczego podejmuje większość decyzji, które obserwujemy w filmie.

O ile oryginalny “Avatar” z najmniejszymi szczegółami przybliżał odbiorcom kulturę leśnego plemienia na’vi, sequel prześlizguje się nad obyczajami i kulturą ludu wody. Dowiadujemy się głównie tego, że cenią przydatność, a ich życie jest ciasno związane z morzem. Oczywiście, miejscowi uczą nowoprzybyłych pływania i opowiadają im o kluczowej florze i faunie, ale przedstawiające to sceny tempem uderzająco przypominają bardziej film dokumentalny. W tle brzmi nawet kojąco spokojny głos lektora.

Nie mogę się zgodzić z ich biało czarną wizją ludzkości jaką roztaczają scenarzyści. Z wyjątkiem kilku znajomych Jake’a, którzy w tej części mają naprawdę marginalną rolę, ludzie są źli i pazerni. Choć nie szukają już surowców z poprzedniego filmu, wciąż próbują okraść mieszkańców Pandory. Co gorsza chcą się na niej osiedlić, choć ten wątek pojawia się w zaledwie jednej scenie.

To powiedziawszy właśnie motyw kolonizacji mógłby tu posłużyć do uczłowieczenia ludzkiej rasy, gdyby tylko twórcy odpowiednio go pogłębili. Jakże łatwo współczuć społeczności, która musi uciekać z własnej planety. Cameron jednak zdecydował się pokazać całą sytuację tak pobieżnie i przedstawić ja z punktu widzenia tak antypatycznych bohaterów, by widz przypadkiem nie zaczął się zastanawiać się na losem szeregowego obywatela. Ten rażący brak zróżnicowania sprawia, że film prezentuje się dość pokracznie.

Już pierwsza część “Avatara” nie miała zbyt wiele do zaproponowania pod kątem fabuły. “Istota wody” obraca się dookoła ponownej próby zniszczenia Pandory i poszukującego zemsty Quaritcha, który zamierza zniszczyć wszystko na czym zależy Jake’owi. Jakim więc cudem film trwa ponad trzy godziny? Odpowiedź jest prosta. Nadmiar scen, które prezentują się pięknie, ale nic nie wnoszą do opowiadanej historii. O ujęciach rodem z filmu przyrodniczego już wspominałam, to jednak tylko czubek góry lodowej.

Denerwują powtórzenia, chociażby wspomnienie z dzieciństwa najstarszego syna, które pojawia się dwukrotnie: raz na samym początku filmu, gdy nużący montaż pokazuje nam historię rodziny Sullych, a potem pod jego koniec. A przecież gdyby ograniczono się do jej drugiej wersji, efekt emocjonalny byłby o wiele większy.

Podobnie sekwencja połowu tulkunów wypadłaby o wiele bardziej widowiskowo, gdybyśmy zobaczyli ją po raz pierwszy dopiero podczas finałowej walki. Wprowadzając ją wcześniej, twórcy pozbyli się efektu zaskoczenia i przedwcześnie rozwikłali tajemnicę tego kto tak okrutnie potraktował samicę z młodym.

Koniec końców “Avatar: Istota wody” sprowadza się, podobnie jak jego poprzednik do uwielbienia natury i piętnowania kultury, która upiera się ją niszczyć. Cameron ujęcie po ujęciu pokazuje widzowi piękno i siłę otaczającego bohaterów świata, który mimo kosmetycznych zmian, w oczywisty sposób odpowiada naszemu, by następnie z drastycznymi szczegółami pokazać okrucieństwo z jakim traktują go ludzie.

To ważna myśl, która, choć powtarzano ja już w niezliczonych tekstach kultury, wciąż nie dotarła do naszego społeczeństwa. A że fantastyka często skutecznie przekazuje uniwersalne myśli, uważam, że użycie fikcyjnej planety do uświadomienia ludzkości co robią swojej jest naprawdę dobrym pomysłem. Tyle tylko, że ta idea zasługuje na znacznie lepszy film, taki który zachowuje realizm i broni się sam.

To powiedziawszy, większość odbiorców, nawet tych nastawionych krytycznie do fabuły “Istoty wody” docenia wizualną warstwę filmu, kładąc nacisk na nowatorską technologię wykorzystaną do podwodnych ujęć i piękno Pandory. Tylko częściowo zgadzam się z tym stwierdzeniem.

Zacznijmy od tego, że w 2026 roku wygląd filmu nie powinien być jego jedyną wartością. Raz po raz kinematografia pokazuje nam dziesiątki nowych, fikcyjnych światów: czasem kilka zachwycających lokacji pojawia się w jednym filmie. Ich tworzenie nie jest już przełomem, widzom należy pokazać coś więcej. Chociażby sensowną fabułę.

Żeby nie było, przez większość czasu Pandora, jej flora i fauna, a także mieszkańcy prezentują się naprawdę zachwycająco. Ujęcia z kosmicznymi odpowiednikami waleni zapierają dech w piersiach. Wrażenie robią też projekty postaci, na czele z przedstawicielami wodnego plemienia na’vi, których budowa i kolor skóry odzwierciedla środowisko i styl życia, przez co znacznie różnią się od swoich leśnych pobratymców. Podziwiam też widoczne inspiracje ziemskimi zwierzętami.

Problem polega na tym, że kilkukrotnie jakość obrazu drastycznie spada i film wydany w 2022 roku zaczyna przypominać animowany przerywnik ze starej gry komputerowej.  Kilkukrotnie zawodzi też technologia motion capture, emocje wygenerowanych komputerowo postaci wydają się wytłumione nawet w wyjątkowo poruszających scenach.

“Avatar: Istota Wody” to miałki film o wtórnej fabule, pełny niepotrzebnych, rozciągniętych nadmiernie scen, który kilkukrotnie zawodzi nawet w kwestiach wizualnych. Najbardziej boli jednak jego niespełniony potencjał i całkowite zaprzepaszczenie barwnego świata Pandory.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych filmów i seriali znajdziesz tutaj

Zaobserwuj mnie na instagramie, żeby dostawać powiadomienia o kolejnych postach.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty