“Les Miserables” Sondheim Theatre

“Les Miserables” Sondheim Theatre

Koncepcja, libretto i tekst: Alain Boublil

Tekst: Jean-Marc Natel

Libretto i muzyka: Claude-Michel Schönberg

Tłumaczenie: Herbert Kretzmer

Adaptacja: Trevor Nunn i John Caird

Reżyseria: James Powell

Scenografia: Matt Kinley

Reżyseria światła: Paule Constable

Pierwotne kostiumy: Andreane Neofitou

Dodatkowe kostiumy: Christine Rowland, Paul Wills

Fryzury i charakteryzacja: Stefan Musch

Występują: Hollie Aires, Shan Ako, Aidan Banyard, Robson Broad, Ella May Carter, Nicholas Carter, Matthew Dale, Irfan Damani, Killian Donnelly, Amena El-kindy, Lila Falce Bass, Sophie-May Feek, Thiago Phillip Felizardo, Adam Gillen, Rachelle Ann Go, Joe Griffiths-Brown, Katie Hall, Bradley Jaden, Jessica Johns-Parsons, Seán Keany, Luke Kempner, Chris Kiely, Sam Kipling, Mia Lamb, Sarah Lark, Izzi Levine, Ollie Llewelyn-Williams, Matthew McConnell, Ian McIntosh, Aaron-Jade Morgan, Sam Oladeinde, Adam Pearce, William Pennington, Beatrice Penny-Touré, Jordan Simon Pollard, Marina Prior, Lewis Renninson, Danielle Rose, Jordan Shaw, Georgia Tapp, Noah Thallon, Imaan Victoria, Danny Whelan, Jac Yarrow, Jago Agrawal, Cian Bhalla, Alfie Buck, Finlay Gamble, D’vante Hart, Casper Prior, Rachelle Bonfield-Bell, Poppy Jason, Maya Sharma, Santi Cohen, Penelope Akane Vernon, Anmei Zhao

Tekst pisany na podstawie spektaklu z 11 września 2025

oOo

Sceniczna perfekcja i wielkie emocje

Oglądając każdą kolejną realizację “Les Misérables” mam wrażenie, że nie istnieje nawet cień szansy, by zachwyciła mnie bardziej niż te, które widziałam wcześniej. Tak było też w przypadku wersji londyńskiej. A jednak wizyta w Sondheim Theatre sprawiła, że ten dobrze mi znany spektakl obudził we mnie nowe emocje.

Jean Valjean (Ian McIntosh) po latach wychodzi z więzienia. Świat nie zamierza jednak zaakceptować byłego złodzieja, choćby jego zbrodnią była jedynie kradzież chleba. Valjean rozpoczyna więc nowe życie pod fałszywym nazwiskiem. Jego śladem podąża jednak zapamiętały policjant Javert (Bradley Jaden), który nie spocznie, dopóki nie zawlecze go przed oblicze sprawiedliwości. Tymczasem przez Francję przetaczają się kolejne rewolty.

Ian McIntosh od pierwszej nuty przekonał mnie, że jest fenomenalnym wyborem do roli Valjeana. Zachwyca to jak realistycznie podchodzi do swojej postaci. To kreacja aktorska z początku pełna całkowicie zrozumiałego gniewu i frustracji, widocznej szczególnie gdy jako pierwszy rzuca się do walki wieśniakami. Potem jednak pod wpływem czynów biskupa zachodzi w nim przemiana i od tej sceny aktor uzupełnia swoją kreację o ciepło, szczególnie względem Fantine czy swojej przybranej córki, Cosette. To jednak troska nie pozbawiona niepewności, widocznej chociażby przy przytulaniu córki.

Nie będzie zapewne zaskoczeniem, że McIntosh brawurowo radzi sobie ze swoją partią wokalną, a jego wykonanie “Bring Him Home” należy do najlepszych wersji tego niesamowitego utworu. Na dodatek, w każdym jego ruchu czuje się głęboko ukrytą siłę, którą Valjean pokazuje tylko, gdy to konieczne. Aktor nie zapomina także o detalach, jak choćby utykanie na barykadzie.

Moje serce skradł jednakże Bradley Jaden w roli Javerta i to nie tylko przez najwspanialsze “Stars” jakie kiedykolwiek miałam przyjemność usłyszeć. A przecież piękno tego utworu nie polega tylko na wokalnym mistrzostwie Jadena, ale i na tym jak odgrywa zachwyt i podziw wobec gwiazd.

To jednak zaledwie czubek góry lodowej. Na przestrzeni spektaklu aktor subtelnie zarysowuje zmiany zachodzące w swojej postaci. Sztywno wyprostowany, schludnie uczesany i ubrany funkcjonariusz policji, który kontroluje nawet najmniejszy ruch, powoli osuwa się w odmęty szaleństwa. Scena po scenie traci swoją pewność i spokój, by ostatecznie zamienić się w oszalałe zwierzę, które rzuca się na Gavroche’a i wrzeszczy na Valjeana. Ukoronowaniem tego występu jest finałowa scena Javerta, pełna gniewu, rozpaczy i szaleństwa, które odbijają się na twarzy i w głosie Jadena.

Po latach od swojego ostatniego spektaklu w roli Cosette, Katie Hall powraca do “Les Misérables” jako jej matka, Fantine i robi to w naprawdę wspaniałym stylu. Z ogromną wrażliwością i dojrzałością gra młodą dziewczynę, która poświęca wszystko dla swojego dziecka. Boli jej cierpienie, a gniew uderza prosto w serce, natomiast zachwycające “I Dreamed a Dream” natychmiast stało się moją ulubioną wersją tej piosenki.

Adoptowana córka Valjeana, Cosette w wykonaniu Beatrice Penny-Touré jest wręcz przeurocza, szczególnie w scenach z Mariusem. Z łatwością radzi sobie z każdą, nawet najwyższą nutą jakże trudnego utworu “A Heart Full of Love” i rozczula w interakcjach z Ianem McIntoshem.

Shan Ako kreuje Eponine jako zadziorną młodą dziewczynę o wielkim sercu, której trudno nie polubić. Wzrusza w swojej piosence solowej “On My Own” i we wspaniałym duecie “A Little Fall of Rain”. Ma też wspaniałą przyjacielską dynamikę z aktorem grającym Mariusa.

Jac Yarrow rozczula jako zakochany po uszy w Cosette, Marius Pontmercy. Decyduje się też poświęcić wokalną perfekcję, by w świetnej wersji “Empty Chairs at Empty Tables” pokazać w pełni rozpacz swojej postaci. Serce kraje się, gdy słuchamy, jak łamie mu się głos, by w kluczowym momencie przejść we wrzask. Na dodatek ta konkretna produkcja w bardzo ciekawy sposób podkreśla odwagę Mariusa, każąc mu chociażby zasłonić Cosette własną piersią.

Jordan Shaw w roli Enjolrasa zachwyca charyzmą i majestatem zarówno widocznym w postawie, jak i słyszalnym we władczym, dźwięcznym głosie. Nic dziwnego, w londyńskiej realizacji to rewolucjonista z marmuru, myślący wyłącznie o swoim chwalebnym celu. Shaw perfekcyjnie do tej roli pasuje, a brzmi naprawdę niesamowicie.

William Pennington jest cudownie chaotycznym Grantairem, który czaruje na drugim planie, pozostając w ciągłym ruchu i co chwila wchodząc w coraz to nowe interakcje z pozostałymi postaciami. Spektakl sprawnie podkreśla jego więzi z Gavrochem i Enjolrasem, a emocje Penningtona względem przyjaciół widać jak na dłoni.

Adam Gillen jako Thénardier udowadnia, że nie bez powodu jego postać jest ulubieńcem fanów, a jego pojawieniom się na scenie nie raz i nie dwa towarzyszą salwy śmiechu. Podobnie pani Thénardier Mariny Prior bardziej bawi niż budzi grozę, jest w tym jednak naprawdę dobra, szczególnie zabiegając o względy Valjeana. Wspaniale sprawdził się też charakterny chłopiec grający Gavroche’a.

Zaprojektowane pierwotnie przez Andreane Neofitou kostiumy, do których po latach swoje dołożyli też Christine Rowland i Paul Wills wyglądają wprost olśniewająco. Są nie tylko pięknie wykonane, ale i niepowtarzalne: w tłumie mieszkańców Paryża, nie znajdziemy dwóch takich samych strojów. Zachowują przy tym realizm, dobrze oddając status społeczny postaci i dbając o szczegóły, co widać chociażby na przykładzie Valjeana, który ubiera się tak, by zasłonić szyję, gdzie widnieje więzienny tatuaż.

Z podobną uwagą Stefan Musch przygotował fryzury i charakteryzację. Włosy odzwierciedlają sytuację postaci i jej stan emocjonalny. Valjean jest krótko ostrzeżony po wyjściu z więzienia, schludnie uczesany jako burmistrz, a po przeskoku czasowym siwieje. Z kolei powoli rozplatane włosy Javerta pokazują jak policjant coraz bardziej traci kontrolę nad sytuacją, by w swojej finałowej scenie zachwycać już dziką grzywą.

Scenografia Matta Kinley’a jest wręcz monumentalna, a przy tym pełna zachwycających szczegółów. Klimat budują elementy zniszczonych budynków umieszczone na najbliższych scenie balkonach, tuż przy proscenium. Zachwyca też kurtyna z namalowanym ogromnym statkiem przeniesiony do spektaklu prosto z książki Wiktora Hugo.

Nie będzie oczywiście zaskoczeniem, że największe wrażenie robi barykada, która wydaje się tym większa, że rozciąga się od jednej ściany do drugiej, dominując nad sceną. Jest przy tym namacalna i realna, jak każda część projektu Kinley’a. Nic więc dziwnego, że gdy na scenie pojawia się mur, z miejsca zakładamy, że zrobiono go z kamienia i żelaza.

Tym bardziej podziwiam prędkość z jaką udaje się zmieniać scenografię. Jej elementy w mgnieniu oka wjeżdżają na scenę i z niej zjeżdżają. Jeśli natomiast maszynistom potrzeba więcej czasu, zmianę ukrywa pojawiająca się znikąd zasłona w formie budynku.

Choreografia i ruch sceniczny nie tylko robią duże wrażenie, ale i ciekawie dopełniają charakterystykę postaci. “Master of the House” zachwyca energią, co ciekawe stawiając panią Thénardier przeciwko mężowi i wszystkim bywalcom oberży. Wspaniale prezentuje się też scena wesela, w której wykorzystano tańce z epoki. Najbardziej w pamięci pozostaje, jednakże miarowa, przypominająca marsz choreografia “Do You Hear The People Sing” i “One Day More”. Warto też zauważyć, że spektakl nie unika też brutalności: przedstawione na scenie walki są przerażająco realistyczne.

Jeśli chodzi o efekty specjalne, londyńska produkcja doprowadziła do perfekcji osiąganie maksymalnego efektu przy minimalnych środkach, dzięki czemu “Les Misérables” jest spektaklem niesamowicie widowiskowym, choć nie spadają w nim żyrandole ani nikt nie walczy z grawitacją. Okazuje się jednak, że wystarczy chwila ciszy i dobrze wycelowany reflektor punktowy, by sprawić, że scena uderza o wiele mocniej niż w jakiejkolwiek innej realizacji.

Jedyną rzeczą, której mi w tej wersji zabrakło to dalszy plan na barykadzie. W kluczowych momentach większość postaci dosłownie usuwa się w cień, pozostawiając na scenie tylko bohaterów biorących w niej bezpośredni udział. Tracimy tym samym szansę na ciekawe interakcje. Można by się jednak kłócić, że dzięki temu łatwiej skupić się na tym, co w scenie naprawdę ważne.

Szczególnie, że londyńskie “Les Misérables” aż roi się od intrygujących szczegółów, które nadają mu dodatkowej głębi. Od prztyczka w nos, którym Valjean wita się i żegna z Cosette, przez to jak waha się zanim obejmuje dziewczynkę, po pojawienie się Biskupa w finałowej scenie, nawet najkrótsza scena poszerza to co wiemy na temat postaci.

Spektakl roi się też od poukrywanych mrugnięć do fanów książkowego pierwowzoru, które można z łatwością przeoczyć, jeśli nie wie się czego się szuka. Mówię tu o interakcjach postaci drugo i trzecioplanowych jak chociażby znaczące spojrzenie, którym wymieniają się Cosette i Eponine czy reakcja Gavroche’a po “A Little Fall of Rain”.

“Les Misérables” w londyńskim Sondheim Theatre pozostają jednym z najlepszych spektakli jakie w życiu widziałam, łącząc fenomenalną muzykę z perfekcyjnym wykonaniem technicznym i mistrzostwem wokalno-aktorskim. To też jedna z nielicznych produkcji, podczas których przez ponad trzy godziny po moich plecach chodziły ciarki. Po prostu musical, który każdy musi zobaczyć.

Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.

oOo

Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych spektakli znajdziesz tutaj

Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.

A może masz ochotę postawić mi kawę?

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty