“Angel Wings Tom 1-3” scen. Yann, rys. Romain Hugault
Kobieta pracująca żadnej pracy się nie boi
Choć sama nie jestem wielką fanką historii lotnictwa, od dawna ciągnie mnie do wątków historycznych i opowieści o silnych kobietach. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później w moje ręce wpadł komiks o amerykańskiej pilotce z II Wojny Światowej.
Angela McCloud służy jako Pilotka Kobiecych Sił Powietrznych. Podczas rutynowego lotu jej maszyna zostaje trafiona, co kończy się nieprzewidzianym postojem w bazie wojskowej gdzieś w głuszy. Sytuacji nie polepsza brak części zamiennych ani obecność Roba, młodego pilota, który zaprząta myśli kobiety.
Na przestrzeni komiksu dowiadujemy się coraz więcej o jej Angeli charakterze i przeszłości. Z narracji wyłania się obraz pewnej siebie, niesamowicie kompetentnej młodej kobiety, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ale którą prześladuje wspomnienie tragedii.
Jest przy tym aż nazbyt kompetentna. O ile ma prawo być tak dobrą pilotką czy mechanikiem, jej umiejętności przeżycia w głuszy nieco zaskakują. Scenarzysta nie zapomniał jednak pokazać jej łagodniejszej strony, uwzględniając scenę, gdy gnębią ją niepewności jak i wspomnienia jej relacji z siostrą. Nadał jej też fatalną wadę: tendencję do rzucania się w wir wydarzeń bez zastanowienia, przez co nie raz pakuje się w kłopoty.
Z kolei głównym bohaterem męskim jest Rob, amerykański pilot, który trafia na pokład pilotowanego przez Angelę samolotu. Ten odważny, towarzyski młody człowiek, bez problemu zjednuje sobie ludzi wszędzie, gdzie się znajduje. Jest w pełni świadom swoich umiejętności i nie boi się nimi chwalić. Jego obecność umożliwia przybliżenie Angeli i czytelnikowi oddziału Burma Banshees i jego poczynań na froncie. Pełni też rolę obiektu westchnień bohaterki.
Za trzecią najważniejszą postać uważam Jinx, aktorkę, która niespodziewanie pojawia się w jednostce, by zbudować napięcie między Angelą i Robem i wprowadzić dodatkowy konflikt. Pod wieloma względami Jinx jest przeciwieństwem Angeli. Zadbana, elegancka artystka, która pogrywa sobie z uczuciami zadurzonych w niej mężczyzn i zupełnie nie odnajduje się w sytuacji zagrożenia życia. Panie mają jednak o wiele więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać.
Niestety relacja Angeli i Roba trzyma się na ślinę. O ile czytelnik bez trudu zrozumie co pilot widzi w kimś tak pięknym i kompetentnym jak Angela, jej słabość do niego pojawia się znikąd, a potem z jakiegoś powodu nie znika, choć mężczyzna z uporem torpeduje swoje szanse, całując pilotkę bez jej zgody, czy zalecając się do innej kobiety.
O wiele lepiej czyta się interakcje Angeli i Jinx. Choć na początku scenarzysta napuszcza je na siebie i każe rywalizować o względy mężczyzny, potem z konieczności uczą się przezwyciężyć dzielące je różnice. Ich relacja została rozpisana o wiele bardziej realistycznie, głównie dla tego, że poświęcono czas na jej rozwój.
Jeśli się uprzemy, fabułę da się sprowadzić do podróży głównej bohaterki z punktu A do punktu B. Tyle tylko, że wojenna zawierucha stale zmusza Angelę do postoju czy całkowitej zmiany kierunku, pakując ją w coraz większe tarapaty. W wydarzenie sprawnie wpleciono wspomnienia kobiety, które pozwalają zajrzeć w jej przeszłość i dowiedzieć się, co nią powoduje.
Zadbano o realizm, nie tylko umiejscawiając fabułę na tle prawdziwych wydarzeń, ale i oddając warunki frontu II Wojny Światowej. Komiks pokazuje jak stałe zagrożenie i walka o życie wpływa na psychikę żołnierzy, jednocześnie podkreślając ich człowieczeństwo i młody wiek. Nie pozwala też zapomnieć o tym w jak niebezpiecznej sytuacji znajdują się bohaterowie. Walki wpływają na ich ścieżkę, trup ścielę się gęsto, a komiks nie unika pokazywania krwi, ran czy ugryzień pijawek.
Mam trzy zarzuty do sposobu podania fabuły. Po pierwsze, “Angel Wings” wielokrotnie wpisuje w dymki jak największą ilość wiedzy historycznej i danych technicznych. Doprowadza to do powstania kuriozalnych zdań, których nie wypowiedziałby żaden człowiek. Można się jednak kłócić, że dzięki temu komiks zyskuje dodatkowe walory edukacyjne, a czytelnik dostaje na talerzu informacje, z którymi mógłby się inaczej nie zetknąć. Po konsultacjach dowiedziałam się też, że pasjonatom lotnictwa taki zalew danych zupełnie nie przeszkadza. Tym bardziej, że komiks pozostaje wierny wydarzeniom historycznym.
Drugie w kolejce są angielskie wtrącenia, które irytowały mnie przez całą lekturę. Częściowo rozumiem ten zamysł, twórcy starają się w tej sposób podkreślić narodowość postaci. Niestety, fabularnie większość bohaterów posługuje się językiem angielskim, choć czytelnik widzi oczywiście polski tekst, przerywany losowymi obcymi słowami. Dla odbiorcy, który zna ich znaczenie nie będzie to tak wielki problem, nie możemy jednak wymagać takiej wiedzy od każdego. Co gorsza, niektóre frazy przetłumaczono w przypisach, decydując się jednak pozostawić inne bez wyjaśnienia. Ta niekonsekwencja boli najbardziej. Ponieważ jednak nie jestem w stanie porównać polskiego tłumaczenia z oryginałem, mogę się tylko domyślać, że odpowiada za nią tekst źródłowy.
Paradoksalnie najmniejszym problemem są szczegółowe przypisy, w których autorzy wchodzą w szczegóły specyfikacji technicznej pojawiających się w komiksie samolotów. Pasjonata ucieszą, zaś ten kto uzna je za zbędne, będzie mógł je po prostu zignorować. Szkoda tylko, że do ich przeczytania potrzebna jest lupa.
To powiedziawszy komiks został naprawdę przepięknie wydany. Album ma format A4, twardą oprawę i gruby, przyjemny w dotyku papier. Zawiera też kilka alternatywnych okładek, które prezentują się wspaniale, choć ich użycie z pewnością zmieniłoby klasyfikację komiksu. Z kolei na wewnętrznej stronie okładki witają czytelnika schematy samolotów. Jedyną wadą tego wydania są wspomniane już wyżej maleńkie przypisy.
Największą zaletą komiksu są niewątpliwie przepiękne rysunki Romaina Hugaulta. Zachwyca każdy kadr, niezależnie od tego co przedstawia, choć z całą pewnością rysownik najwięcej uwagi poświęca samolotom i głównej bohaterce. Maszyny rysuje z niesamowitą precyzją, przenosząc na kartki komiksu każdy detal. Jego wizja z pewnością zadowoli nawet najbardziej wybrednego pasjonata. Angela także prezentuje się wspaniale, jest uosobieniem ideału piękna z lat 40tych, szczególnie, że Hugault postarał się o odwzorowanie fryzur i strojów z epoki. Szkoda tylko, że zdecydował się na zastosowanie pewnego przerysowania, gdy na twarzach postaci pojawiają się niektóre emocje, jak chociażby zaskoczenie.
Pierwsze trzy albumy “Angel Wings” pozwalają czytelnikowi dobrze poznać główną bohaterkę, choć niestety już nie zrozumieć w pełni jej postępowanie. Przestawiona w nich opowieść jest intrygująca, a rysunki wprost przepiękne. Wrażenie robi też godna podziwu, choć nieco nużąca dbałość o szczegóły. Szkoda tylko, że relacje międzyludzkie trzymają się na ślinę.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
oOo
Podobał ci się ten tekst? Recenzje innych książek i komiksów znajdziesz tutaj.
Chcesz dostawać powiadomienia o każdym nowym poście? Zaobserwuj mnie na instagramie.
A może masz ochotę postawić mi kawę?







Komentarze
Prześlij komentarz